sobota, 31 stycznia 2015

Rozdział II

Cześć!
Nie będę dłużej trzymać was w niepewności. Oto rozdział drugi mojego opowiadania. Ciekawe, czy kogokolwiek zainteresuje :D

Rozdział II

*

Obudziła się w skromnym, małym pokoju na poddaszu. Nawet nie pamiętała, czy przyszła tam o własnych siłach, czy przyniósł ją jeden z biesiadników. Szczerze mówiąc nie obchodziło ją to zbytnio, ale cieszyła się, że została tak ciepło przyjęta w obcym kraju.
 Usiadła na krawędzi łóżka, ziewnęła przeciągle i rozsznurowała kołnierz poszarzałej koszuli nocnej, jednocześnie rozglądając się po kwaterze, w której przyszło jej spać. Nie zawierała ona niczego ponad standard i minimum komfortu – stare, skrzypiące łóżko z pierzyną, pobrudzone lustro, w tym wypadku pęknięte w rogu, śmierdzący nocnik z brązu i rozlatującą się komodę. No, na podłodze był jeszcze dywan. Lecz wbrew pozorom było tu przytulnie, ciepło i całkiem miło jak na wiejską tawernę przy drodze. Jedna z lepszych mieścin, jakie odwiedziła.
 Wstała, ściągnęła z siebie koszulę, ponownie ziewając i drapiąc się po plecach. Bolały, cholernie bolały od wczorajszego długiego lotu, a na nią czekała dalsza droga. Skromnie okryła piersi ramieniem i podeszła do okna, aby chociaż spojrzeć na krajobraz.
 A widok był przepiękny. Nie miała pojęcia, czy trafiła na dobre miejsce, czy całe Kyrieth wyglądało jak malowane, ale efekt zrzucał z nóg. Za szybą rozciągała się olbrzymia, soczysto zielona polana, na której spokojnie pasły się krowy w brązowe łaty, wymachując ogonami i odganiając się od much. Pamiętała jeszcze czasy, gdy jako dziecko wierzyła, że brązowa krowa daje kawę zamiast mleka i że można na takim zwierzęciu zbić fortunę. Uśmiechnęła się do własnych myśli. Na skraju polanki stała mała drewniana chatka i o wiele większa obora. Gospodarz spokojnie siedział na ławce i palił fajkę, pykając kółka z dymu. Nie zwracał uwagi na półnagą dziewczynę stojącą w oknie oberży.
 Po kilku długich minutach z żalem odsunęła się od okna, napojona wspaniałym krajobrazem tego kraju. Nie miałaby nic przeciwko, gdyby i w jej ojczyźnie było tak pięknie. Ale cóż, pomyślała zakładając swoje obcisłe spodnie i zapinając skórzany pas, przemysł niszczy wszystko, zaczynając od zielonych polan, na życiu i marzeniach kończąc.
 Po ubraniu się w swój standardowy zestaw szat poczesała kościanym grzebieniem kruczoczarne włosy, zbiegła po skrzypiących schodach i stanęła w głównej izbie zajazdu. Zaskoczył ją nieco obraz sali, bo wyglądała jak jedno wielkie pobojowisko. Po podłodze walały się kufle i ich fragmenty – w końcu nie obyło się bez ofiar. Na stołach muchy obsiadały resztki niedojedzonej strawy. Czarny kocur dumnie przechadzał się wśród rozsypanych udek kurczaka i jakby od niechcenia na nie zerkał. Nażarła się bestia, prychnęła podróżniczka. Należy się mu, wczoraj wiele przeszedł.
 Przy stole nikt nie siedział. Żona karczmarza nie zmywała już posłusznie naczyń, wieśniacy nie śpiewali idiotycznych piosenek skupiających się na tym, co u baby pod kiecką, nawet kury za oknem ucichły. Ani jednej żywej duszy, jedynie kocur usiadł wreszcie przy wybranym kawałku mięsa i zamiauczał zachęcająco w stronę dziewczyny.
 Podeszła, pogłaskała go. I zamyśliła się. Co on czuł? Bo przecież każde stworzenie, nawet taki kot, odczuwa jakieś emocje. Samotność, opuszczenie, smutek? Niby koty lubią samodzielność, ale przecież nikt nie lubi być samotny. O tak, trafiła w sedno.
 Bo ona była jak kot. Kochała samotnie czytać księgi w świątyniach, spacerować brzegiem jeziora, wpatrywać się w chmury na błękitnym niebie. Lubiła bez nikogo innego brać kąpiel w gorących źródłach i odkrywać przeróżne minerały w odległych górach. Uwielbiała być sama. Lecz z całego serca nienawidziła być samotna.
 Stała tak dobre dziesięć minut, głaszcząc mruczącego kocura i myśląc o tym, co było i będzie. Bo gdy się głębiej zastanowiła, to zawsze myślała tylko o teraźniejszości – liczyło się dla niej tutaj i teraz. Nie planowała przyszłości, w nosie miała wyniosłe plany swojego rodzeństwa. Robiła to, co kochała i to pochłaniało cały jej czas. Któż miałby wtedy ochotę rozmyślać o czymś tak odległym jak jutro? Jutro się nie liczyło! Jutro mogła być martwa, lecz teraz jeszcze żyła.
 Ona głaskała, a kocur mruczał.
*
 Jej smok smacznie spał, znużony wielogodzinną podróżą, więc tylko przytargała mu koryto pod nos i napełniła wodą. Z poczuciem spełnionego obowiązku z czułością pogłaskała gada po smukłej szyi i odeszła spokojnym krokiem, nie oglądając się za siebie. Wiedziała, że jeśli zajdzie potrzeba, jej pupil da sobie radę sam. Sama go tak wytrenowała.
 Wyszła na główną drogę prowadzącą na rynek wioski. Uważnie obserwowała mijane domostwa, chaty, kamienice – jedne wykonane z desek, drewnianych bali, drugie z kamienia, cegieł. W jednych oknach stalowe kraty, w drugich ozdobne witraże. Dachy ze strzechy, słomy, papy. I drzwi, w tych stronach wizytówka domu. W święto zbiorów każde wejście, nawet najbiedniejsze, przystrojone było złocistym wiankiem ze świeżo zebranych zbóż. Kochała folklor obcych krain.
  Mimo wczesnej pory mijała wielu wieśniaków wybierających się na rynek lub pole, kobiety spacerujące ze swoimi dziećmi. Kilkakrotnie naszczekał na nią jakiś pies, raz otarł się kot. Mieścina tętniła życiem, aż miło było patrzeć. Kierowała się na główny rynek, nie zbaczając z drogi. Nie znała tego miasta, więc postanowiła nie szlajać się po obcych terenach.
 Rynek miasta, podłużny plac w kształcie litery „T”, otoczony był kamienicami i małymi domami. W tym dniu cały bruk blokowały stoiska i kramy. Tylko przeleciała po nich wzrokiem, a już wiedziała, że można kupić tam wszystko – od żywności, przez drewniane figurki, na broni kończąc. Na środku rynku rozstawili się podróżni komicy i właśnie odgrywali przed liczną publicznością zabawne przedstawienie, a ludzie z chęcią sypali pieniądze do ich kapeluszy.
 Przez chwilę nie słyszała własnych myśli. Wokół niej dudniły dźwięki obwoźnych artystów rzępolących na gęślach, nieudolnych grajków, namawiających do kupna handlarzy, heroldów ogłaszających wieści, śmiechów tłumu ze środka placu, krzyków dzieci, rozmów bab, obrzydliwych rechotów facetów, szczęków kling. Jej wyczulony słuch bardzo cierpiał.
 Ktoś ją popchnął, potknęła się o wystający kamień. Upadła, siedząc moment zdezorientowana na ziemi, a ludzie spokojnie obok niej przechodzili, nie zwracali na nią uwagi. Podniosła się, otrzepała spodnie i udała, że nic się nie stało. Bo pomimo tego, że swoim egzotycznym ubiorem odróżniała się nieco od standardowych gości miasta, to w dniu jesiennych zbiorów nikt nie wytykał jej palcami. Można było spotkać lepszych przebierańców.
 Rozejrzała się i dostrzegła to, co chciała – stoisko z żywymi zwierzętami. I, ku swojej uciesze, były tam kury. Podchodząc jeszcze raz sprawdziła stan swojej sakiewki – dwadzieścia łusek. Gdyby ten karczmarz tak ze mnie wczoraj nie zdarł, pomyślała, to dzisiaj bym zrobiła tu zakupy, a zakupy! Ale nie, dwadzieścia łusek za nockę, nie ma inaczej. Pociągnęła nosem.
 No, ale za dwadzieścia łusek można było coś kupić. Smok naje się w lesie, jak się go puści luzakiem, taka bestia zawsze znajdzie jedzenie. Ma silną wolę przetrwania, a lepiej zapolować na łanię w niczyim lesie niż ogryzać kości chudych kwok na podwórzu oberży. Tak więc miała pieniądze.
Mogła zrobić zakupy.
*
- O, widzę, że panienka interesuje się egzotycznymi ozdobami!
 Donośny głos sprzedawcy wyrwał ją z zamyślenia. Odwróciła się i obdarzyła mężczyznę zaciekawionym spojrzeniem. Kupiec był ubrany w wiejskie łachmany, lecz jego szyję i nadgarstki zdobiły liczne amulety, talizmany i ozdoby na skórzanych rzemykach. Szerokim gestem wskazał towar na ladzie, a było co oglądać. Kości, kły, szmaragdy, rubiny, łuskowate zdobienia, złoto, gałki oczne, skóra, pazury, futra. Pasy, amulety, naszyjniki, bransolety, kolie, kolczyki, boa. Cicho westchnęła, patrząc na te wszystkie rzeczy, a oczy zalśniły jej z zachwytu. Westchnęła znowu, gdy spojrzała na cenę. O nie, zdecydowanie nie było ją stać. Podziękowała sprzedawcy gestem, i choć ten próbował ją namawiać, ona odwróciła się i podążyła dalej w dół głównej alei.
 Zajrzała do kramu z jedzeniem i zakupiła porządną porcję mięsiwa na patyku za jedynie dwie łuski. Zajadała się nim, cały czas rozglądając się za jakąś ciekawszą okazją, która mogłaby ją zainteresować. Jednak zwykle oferta skupiała się na ozdobach dla kobiet, ubraniach, materiałach, żywym towarze, a nawet handlu własną godnością. Nic z tego jej nie interesowało.
 I nagle zauważyła go. Oczy jej zalśniły, a usta ułożyły się w podkówkę, gdy jego ostrze zalśniło w słońcu. Odrzuciła patyk po mięsie i podbiegła do kramu.
 Od najkrótszych, tych ledwie pięciocalowych, po długie, piętnastocalowe. Sztylety, noże, krótkie miecze. Z rękojeściami metalowymi, skórzanymi, gumowymi i kościanymi. Z ostrzami wygiętymi w wymyślne kształty, z licznymi zdobieniami, z ceną wahającą się od dziesięciu do osiemdziesięciu łusek. Perfekcyjnie ostre, z widocznymi znamionami elfiego wykonania. Wspaniałe.
- Coś podać, kochanieńka? – kobieta o miłej twarzy oparła dłonie o blat.
- Ach, tak sobie tylko patrzę…
- Aj, aj! Toć ja widzę, że panienka krzepka nie jest, sztylecik by się przydał, he, he! Oj, kupi panienka taki, o, za piętnaście łusek. Ma ładnie wyprofilowaną rączkę, nawet różę wyżłobioną, o! A i panienka będzie się czuć bezpieczniej idąc ulicą czy robiąc zakupy, o.
 Wzięła go do ręki i dokładnie obejrzała. Faktycznie, wykonanie rękojeści było bardzo dokładne, a sztylet dobrze układał się w dłoni. Kościany materiał był przyjemny w dotyku, lecz nie wyślizgiwał się. Ostrze było strzałkowe, z ozdobnymi żłobieniami na zakończeniu, przy mordowaniu zapewniającymi efektowny rozbryzg krwi. Uśmiechnęła się lekko. Podobał jej się. Pytanie brzmiało tylko: czy naprawdę był jej potrzebny?
- A wie pani, chyba się skuszę. Piętnaście łusek, tak?
 Kobieta z chęcią przyjęła srebrne monety, po czym uśmiechnęła się ciepło i podała jej sztylet, estetycznie zapakowany w skórzaną poszewkę. Dziewczyna przypięła go do jednego ze swoich licznych pasów i – nieco bardziej podniesiona na duchu – postanowiła wrócić do karczmy.
 Musiała ruszać w dalszą drogę.
*
 Ostrożnie zapięła smoczy popręg, poprawiła mocowanie łęku i ostatni raz spojrzała na karczmę. W dzień była ona niemalże martwa, tak samo jak rankiem. Dziwiło ją to, bowiem w jej stronach karczmy pękały w szwach pod naporem gości o każdej porze dnia. No, ale Bretevoult było olbrzymim państwem z niesamowicie rozwiniętym przemysłem, więc ściągało dużo zagranicznych dygnitarzy… A Kyrieth jak to Kyrieth – małe, nadmorskie państewko, praktycznie lenno cesarstwa.
 Westchnęła głęboko, odpędzając smętne myśli, po czym jednym ruchem znalazła się na grzbiecie smoka. Przebudzony gad ryknął cicho, zachwiał się na olbrzymich łapskach i począł przemierzać pole pszenicy powolnym, niemalże żółwim krokiem. Dziewczyna dziabnęła go ostrogą, co zmusiło bestię do żwawszego kroku. Rychło okazało się jednak, że dalsze popędzanie nie było potrzebne – smok szybko rozgrzał mięśnie i dreptał wesoło i skocznie.
 Gdy znalazła się już odpowiednio daleko od wsi, klepnęła zwierzę w łopatkę, a gad – nauczony tego gestu już od wielu lat – stanął, napiął mięśnie, załomotał skrzydłami i z impetem wzbił się w powietrze, rozdmuchując pobliskie zboża, posyłając w powietrze pyłki kwiatów. Podróżniczka przywarła na szyi stworzenia, bo doświadczenie podpowiadało, że jazda bez trzymanki może skończyć się bardzo bolesnym upadkiem.
 Znajdowała się kilkanaście metrów nad ziemią, a smok nie miał ochoty dłużej balansować w miejscu. Zezwoliła mu na swobodny lot, co jakiś czas kontrolując kierunek. Rozradowana bestia co jakiś czas nurkowała dziko, co jednak nie przeszkadzało dziewczynie. Ona sama była dzisiaj pełna energii, więc nie dziwiła się zwierzęciu. Pilnowała trasy, ale jednocześnie nie stresowała się – dobrze znała drogę.
 Bo co jak co, ale drogę do domu przecież trzeba znać najlepiej.

*

Rozdział jest chyba trochę krótszy niż poprzedni, ale mam nadzieję, że także się wam spodoba :) Zapraszam do komentowania. Świadomość, że ktoś czyta i docenia moją pracę bardzo motywuje do dalszego pisania.

czwartek, 29 stycznia 2015

Rozdział I

No to jak, zaczynamy? :)
Nie uznaję prologów (nie potrafię ich pisać, taka moja słabość), więc przechodzę od razu do rozdziału pierwszego. Rozdziały będą oczywiście krótsze od tych książkowych, bo radość na blogu trzeba dawkować ;) 
Tak jak mówiłam, moje opowiadanie nie ma tytułu. W nazwie posta nie będę go więc umieszczać, lecz nie martwcie się - nie mam w zamiarze pisać dwóch "dużych" opowiadań na raz. Postaram się najpierw skończyć jedno, w międzyczasie możecie oczekiwać jedynie krótkich one-shotów, postów informacyjnych lub innych takich dupereli.
Bez zbędnego przedłużania, moi mili państwo, oto...

Rozdział I

Zajazd cuchnął potem, przypalonym mięsem i kocimi szczynami. Ze szczerą niechęcią przekroczyła próg budynku i stanęła w sporym pomieszczeniu skąpo oświetlonym kandelabrami. Niemal całą przestrzeń wypełniały długie stoły biesiadne, po brzegi zastawione tłustą strawą i kuflami z piwem. Przy stołach zaś siedzieli mężczyźni, większość w średnim wieku, z pokaźnym brzuchem i zaniedbaną brodą. Za ladą stała tęga kobieta w osmalonym fartuchu, wycierająca kufle i podająca dania.
 Mężczyźni zauważyli ją dopiero, gdy podeszła kilka kroków bliżej do stołów. Jeden z uczestników uczty wstał i podniósł z szacunkiem kufel w geście powitania. Skinęła grzecznie głową, poprawiła lamparcie futro na ramionach i sprawdziła, czy sakiewka wciąż jest na swoim miejscu. Nie ufała takim oberżom, szczególnie w obcych państwach. Cudzoziemcy często padali przecież ofiarami kradzieży. Nerwowym krokiem podeszła do lady, nachyliła się do kobiety, a czarny, niesforny kosmyk opadł jej na czoło.
- Jest pani właścicielką? – spytała najgrzeczniej jak potrafiła
- Tawerna należy do męża – głos kobiety był ostry, wydawać się mogło, że szczekała, zamiast mówić – Zawołam, to przyjdzie za chwilę.
 W oczekiwaniu na właściciela usiadła przy blacie i postanowiła bliżej przyjrzeć się ludziom zebranym w tej osobliwej mieścinie. Wśród biesiadników nie zauważyła ani jednej kobiety i zasmuciło ją to nieco – nie uśmiechało jej się być jedyną samicą wśród rozochoconych, podchmielonych mężczyzn. Wzdrygnęła się na samą myśl obrzydliwej orgii, która przyszła jej do głowy i natychmiast odpędziła od siebie tę wizję. Większość gości była ubrana skromnie, po wiejsku – kalesony, kamizelki, koszule i niskie, chłopskie buty. Skoro bywa tu pospólstwo, to ceny też nie powinny być wygórowane, pomyślała. Na stołach stały misy wypełnione rozgotowaną kaszą, udami drobiowymi, kolbami kukurydzy i ziemniakami. Widocznie w tym roku wyjątkowo dopisały plony. Izba była spora, z drewnianymi kolumnami podpierającymi strop i kamiennymi zdobieniami do połowy ściany. Na kominku spał czarny kot.
 Odwróciła się na dźwięk miękkich kroków. Stał przed nią wysoki, jasnowłosy mężczyzna o odważnym spojrzeniu. Domyśliła się, że był właścicielem karczmy, więc wstała i dygnęła lekko. Nie przywykła do kłaniania się obcym, lecz tutejszy zwyczaj tego wymagał.
- Waszmość jest właścicielem, jak mniemam.
- Takoż jestem – skinął głową i uśmiechnął się lekko – Co sprowadza panienkę w te biedne strony? Wszakże dziś święto mamy, jakby co, to ugościmy!
- Można powiedzieć, że podróżuję – bawiła się ozdobnym kłem, wiszącym na rzemyku jako jej amulet – Jestem tutaj przelotem, bo noc się zbliża, niekorzystna dla dziewek przemierzających obce kraje. Święto, mówicie? Jesienne zbiory plonów zapewne. Macie co świętować, jak widzę, stoły aż się uginają pod ilością strawy…
- Ano mamy, mamy! A panienka co, sama podróżuje? Choć, jak widzę, odzienie dzikie i drapieżne, to w środku kulturalna i delikatna dziewka z panienki. Nie boi się panienka tak przez biedne państewka podróżować samotnie? Żadnej eskorty, narzeczonego ni brata?
- Nikogo – ucięła momentalnie – Samodzielna jestem. No i mój sposób podróży wyklucza próbę kradzieży, napaści czy zabrania cnoty. Jest dość bezpieczny, jak wielu sądzi. Ale nijak się to ma do konia czy bryczki. Zadek boli po dwóch godzinach.
 Właściciel zamyślił się, ogarnął wzrokiem zajazd. Mężczyźni nie wykazywali żadnych agresywnych zachowań, nie przybyło żadnych dziewek-podróżniczek, jego żona posłusznie zmywała naczynia po kolejnym zjedzonym daniu. Tylko śmierdziało jeszcze bardziej, bo stary kocur znowu narobił pod siebie we śnie, pewnie mu się łosoś zamarzył.
- A czym to panienka podróżuje, można wiedzieć? – przeniósł wzrok na dziewczynę.
- A można, można. Na smoku latam.
 Karczmarz tak się zdziwił, że aż usiadł. Jego żona przestała na chwilę zmywać naczynia i kucnęła, by podnieść upuszczoną łyżkę. Podsłuchujący biesiadnicy zatrzymali strawę w połowie drogi do ust i powoli obrócili swoje głowy ku przybyszce. Kot spadł z kominka, a przed oberżą wściekle zagdakały kury. Po ziemi potoczyła się upuszczona butelka po winie.
- Co robicie miny jakbyście ducha zobaczyli? – westchnęła podróżniczka – Smok jak smok, taka duża jaszczurka. A że lata to też nie dziwota. Przecież na północy hodujemy je już dobre sto lat. Aż takie zacofanie u was, panie oberży?
- Zacofanie, to fakt – właściciel przełknął ślinę i rozejrzał się nerwowo – Nie przywykłem do widoku gadziny w tych okolicach. Wie panienka, ja panience na nocleg pozwolę, jeśli się tylko upewnię, że do jutra mój zajazd nie spłonie.
- W porządku! Moja bestia to standardowy lśniącołuski, w dodatku czysta krew – uśmiechnęła się wesoło i uspokoiła go gestem – Takie coś za żadne skarby nie wydobędzie z gardzieli ni iskry, ni ogienka. A i oswojony, od jajka z ludźmi współgra, nikogo bez pozwolenia nie zabije.
- Bez pozwolenia?
 Jej uśmiech stał się bardziej szyderczy i nieprzyjemny. Nierówno przycięte na karku włosy odbiły refleksy światła ze świec, a jej strój stał się jakby jeszcze bardziej drapieżny. Każda cętka na jej futrze, każdy kieł w amulecie, każde pióro w ozdobie we włosach stało się jeszcze bardziej dzikie. Zaśmiała się w głos, odchylając się do tyłu i ocierając łezki z kącików oczu.
- To jak, panie oberży? Znajdzie się dla mnie nocleg?
- O-oczywiście! – zająknął się, lecz głos mu nie zadrżał – Dwadzieścia łusek za nockę, nie wliczając posiłków. Najlepsza cena w wiosce!
- Drogo – przygryzła wargę – Nie będzie na cielaka dla mojej gadziny. Trudno, puszczę biedaka do lasu. Na pewno upoluje tam sobie jakąś ładną łanię.
 Na blat wysypały się srebrne monety z wizerunkiem Claudiusa, władcy Kyrieth. Łuski były walutą wspólną dla Fellum i Kyrieth właśnie – małych kraików na południu, od jednej strony otoczonych morzem, od drugiej górami, od trzeciej nieprzebytą puszczą, a od czwartej despotycznym cesarstwem Yrvinn. Dziewczyna wymieniła pieniądze w kantorze na granicy. Sakiewka nieco jej się przykurczyła, bowiem jedna srebrna łuska warta była około dziesięciu złotych rogów, waluty jej rodzimego kraju. Za trzysta łusek można było kupić dobrego, młodego ogiera od pewnego hodowcy.
- To chcesz pan zobaczyć mego majestatycznego wierzchowca? Jadł dzisiaj, krzywdy nie zrobi. Tylko żony radzę nie zabierać, jak ma słabe nerwy. Mawiają, że nieduże te moje dziecię, ale prawdą jest, że bydlę wielkie jak wóz z Yrvinn. A wozy z cesarstwa, jak pewnie wiecie, małe nie są!
 Oberży skinął głową niby z niechęci i przymusu, lecz naprawdę chciał przyjrzeć się smokowi – bohaterowi baśni, legend i podań, którego widział tylko na bogato zdobionych gobelinach w domu jego najświętszej pamięci ciotki. Chciał się upewnić, czy gady mają pazury ostre jak sztylety, i czy ich ryk ogłusza z odległości dziesięciu stóp.
Chciał się tylko upewnić.

*

 Gad miał chyba z sześć metrów długości, a gdy stał na czterech łapach, to charakterystyczny, bardzo wystający kręg szyjny umieszczony był co najmniej dwie stopy nad głową karczmarza, a właściciel wcale nie był niskim człowiekiem. Drobne, szorstkie łuski smoka połyskiwały złoto-miedzianym blaskiem w świetle kandelabrów. Stworzenie było tak potężnie zbudowane, że mogłoby zmieść tawernę z powierzchni ziemi za pomocą kilku uderzeń kolczastym ogonem o kształcie buławy. Jego smukłą głowę wieńczyły dwa wygięte w kształt błyskawicy rogi. Oberży nie wiedział, że zakłada się na nie specjalne ochraniacze ze skóry – teraz to widział i wnioskował, że smocza broń musiała być bardzo ostra. Pysk miał ciasno owinięty skórzano-materiałowym ochraniaczem z pikowanym wzorem. Po zobaczeniu tego mężczyzna poczuł się jakby bezpieczniej i cicho odetchnął z ulgą. Przynajmniej nie spali mi chałupy, pomyślał. Z grzbietu stworzenia wyrastała para majestatycznych, pazurzastych skrzydeł wypełnionych błoną, teraz spokojnie złożona na plecach smoka. Jego łapy były duże, lecz wbrew legendom i rysunkom bardziej przypominały połączenie niedźwiedzich i kurzych, niż ludzkich. Jego pazury były krępe i stępione od wielokrotnego rycia w ziemi przy lądowaniu. Gad spojrzał się na karczmarza bystrym, bursztynowym spojrzeniem. Spojrzeniem bardzo mądrym i rozumnym jak na zwierzę zdominowane przez niską dziewczynę z lamparcim futrem na ramionach.
- I jak się prezentuje moja bestia? – właścicielka smoka poklepała pupila po plecach – Młody jest, sprytny, w tym roku pięćdziesiątki dobił. A jaki przystojny! Duma i chluba moja.
- Bardzo… majestatyczny – mężczyzna wciąż nie miał ochoty podchodzić bliżej niż na dziesięć stóp od zwierzęcia. Strach przed dziecinnymi opowiastkami brał górę – Ale on będzie tak tutaj siedział? Niby jest przywiązany do żerdzi, ale toto wbite tylko na metr w ziemię, nie wiem, czy utrzyma…
 Dziewczyna prychnęła wesoło i zaprezentowała karczmarzowi swoje śnieżnobiałe, drobne zęby, a smok zawtórował jej przyjemnym pomrukiem. Gad trzepnął skrzydłami i ponownie ułożył się do przerwanego przez widownię snu.
- Spokojnie, panie oberży, moja gadzina to równe stworzenie. Jak się mu powie „zostań” to zostanie. No, chyba, że na dłużej niż jedną noc… Ale więcej nie mam zamiaru tu zabawiać. No, gospodarzu, gotuj dla mnie kwaterę! Kilka następnych godzin spędzimy w waszym zajeździe. Zapłaciłam z góry.
 Mężczyzna ostatni raz spojrzał na spokojnie oddychającego smoka. Coś takiego widział tylko raz, gdy córka Vissegerda kupiła na targu smocze jajo i chowała bestię przez dobre kilka lat, ale potem rozochocony samiec zaraził się jakąś smoczą chorobą i padł w pobliskiej stodole. Lecz państwu Vissegerdom została spora obórka przeznaczona dla tych skrzydlatych obrzydliwców, ale dopóki nie dostał zapłaty za następne dni, nie miał zamiaru mówić o tym przybyszce.

*

- Wanna jakaś?
- Brak.
- Balia?
- Nie posiadam.
- Rzeczka?
- Lodowata.
- Miednica?
- Żona ma. Pięć łusek za kąpiel.
- O, ty stary zdzierco! – dziewczyna huknęła pięścią o blat, aż zadzwonił mosiężny kubek po naparze z ziół – Tak dziewkę wykorzystywać… Dobra, jeden dzień obejdę się bez kąpieli. A jutro zahartuję się w rzeczce. Podaj no może kufel jakiegoś dobrego piwa w ramach zadośćuczynienia.
- Piwo mamy jedne, niezbyt dobre.
- Byle jakie. Chcę się dziś urżnąć i paść jak kłoda, na nic więcej nie mam siły.
 Gdy właściciel zniknął w głębi kuchni, ona odwróciła się z powrotem do goszczącego się pospólstwa. Towarzystwo przerzedziło się nieco, kilku słabszych zawodników spało pod stołem, a kilku wyprowadziły zirytowane żony, sycząc coś o obowiązkach do wypełnienia. Pozostali mężczyźni nadal świetnie się bawili, teraz śpiewali ballady i rybackie szanty. Trzeba było bowiem wiedzieć, że wioska mieściła się nieopodal portu w Vanis. W karczmach zawsze można było usłyszeć wesołe opowieści zza morza lub przynajmniej z targów rybnych. I poczuć niezbyt przyjemny smród przemoczonych rybackich ubrań pełnych glonów i rybich oczu.
 Mężczyźni, choć na początku trochę nachalni i wyrażający chęć współżycia, po kilku zimnych i poważnych odmowach zaniechali jakichkolwiek nieprzyzwoitych działań w kierunku jej osoby. Dostała to co chciała – względny spokój. Mogła teraz przynajmniej bez nerwów słuchać ciekawych opowieści wieśniaków i powoli sączyć niedobre, gorzkie piwo o posmaku smoły.
- Ponoć cysarskie czają się na smoków, chcą z gadzin interes ubić! – zagrzmiał potężnym głosem tęgi jegomość mocno po pięćdziesiątce – Nie udało im się Bretevoult zagarnąć, to chociaż chcą im gospodarkę zniszczyć handlem żywym towarem, ognioziejnymi bestiami. Jak myślicie, powiedzie im się to czy prędzej ich syrena ogonem w rzyć kopnie?
 Długowłosy facet ze śladami po trądziku nieudolnie ukrytymi pod rzadką brodą czknął potężnie i zechciał chyba przyłączyć się do dyskusji, jednak nie zdołał – zmęczenie go przemogło i bezwładnie zjechał pod stół, nie wzbudzając tym samym większego zainteresowania wśród towarzyszy. Jeden więcej, jeden mniej do biesiady – co to za różnica, jeśli piwo wciąż jest?
- Nie wierzę ja, panie, w syreny czy morskie płaczki – stosunkowo młody blondyn przerwał wypowiedź, przeżuł chrząstkę z kurczaka i splunął na podłogę – Ale prędzej w nie uwierzę, niż w to, że Yrvinn ze smokami sobie poradzi. Przeca to potężne stwory, niektóre takie jak chałupa wielkie, ni to okiełznać, ni wyszkolić. To tylko cwaniaki ze starego Bretevoult potrafią.
- I ta dziewka – potężny głos wskazał na ciemnowłosą przybyszkę.
 Dopiero teraz zorientowała się, że mówią o niej i jej ojczyźnie. Otrząsnęła się i uśmiechnęła chłodno, wzdrygając się na spojrzenie blondyna i szybko odwracając wzrok.
- Co ja tam umiem, młoda jeszcze jestem. A mój miedziak u nas od dwóch pokoleń siedzi, to przyzwyczajony do ludu, wzlatuje na zawołanie. W zakładaniu siedziska na grzbiet żadna sztuka.
- Żadna sztuka, a jednak niewielu to potrafi! – zaśmiał się grubas w lnianej czapie – Powie nam zacna panienka, w czym tkwi sekret? Wszak końskiego siodła się smokowi przeca nie założy!
- To akurat dość skomplikowane działanie – zasępiła się i oblizała wargi z chmielowego posmaku – Smocze siedzisko wygląda trochę jak taka wielka kamizelka ze skóry. Ma dziury na przednie łapy, zapinane na coś podobnego do popręgu pod brzuchem gada. Tylko trza uważać, bo tam bestie są delikatne, jak się źle trąci, to trach! I leży się pod dwutonowym cielskiem, co nie jest przyjemne. Siedzisko właściwe, czyli toto twardsze pod ludzką rzyć, ma całkowicie płaskie łęki, więc niedoświadczonemu utrzymać się w nim nie sposób. W dodatku ni żadnych strzemion ni pasków, tylko zad w kulbakę wcisnąć i się modlić do bóstwa jakiego, żeby smok nie zaszarżował dziko na jelenia przy drodze. Zamiast ogłowia smok ma obrożę i smycz jako wodze, bo spróbuj pan gadowi włożyć wędzidło w uzębiony pysk! Utrata ręki gwarantowana.
 Wszyscy słuchali z zafascynowaniem, chcąc jak najwięcej dowiedzieć się o smokach, stworach mitycznych i tak odległych, a jednak na wyciągnięcie ręki. Nikt ani razu nie przerwał monologu dziewczyny, nawet długowłosy śpioch wygramolił się spod stołu i dzielnie usiadł na swoim miejscu, starając się utrzymać głowę w pozycji pionowej.
- Pani kochana, a taka jedna Vissegerdówna z sąsiedztwa miała takiego niedużego wyrostka o kolorze błota, jak świniak się zawsze zachowywał, jak tresowana małpka psocił. Chciała go rozpłodzić i się gadzinie zdechło. Od czego to, wie panienka?
- Może jakaś odmiana smoczej rzeżączki? – lniana czapa zrobił minę mędrca – Wszystkich dopada…
- Rzeżączka? Tyfus? Gówno! – przerwał potężny głos – Zachędożył się na śmierć, ot i cała prawda! Podstawiali mu pod gorącego członka nowe panienki, nawet nie smoki, tylko krasule i kobyły, a się bestia zmęczyła i padła z wycieńczenia! Umarł szczęśliwy przynajmniej.
 Dziewczyna zamyśliła się i zakręciła na palcu czarny kosmyk swoich włosów. Nigdy nie była mistrzem w rozpoznawaniu smoczych chorób, ale gady te raczej miały immunitet na choroby zakaźne i weneryczne typowo występujące w naturze. Jedyną opcją była obca zaraza, która zmutowała po pojawieniu się na ziemi ludzi, istot nienaturalnie odpornych na złe warunki i upływ czasu. Niczym choroba, która nie chciała odejść.
- Najwyraźniej smok zaraził się czymś kilka tygodni wcześniej – zawyrokowała – Gady zwykle nie wykazują żadnych objawów nawet głębokiego stadium choroby, więc po prostu padł, gdy jego organizm nie dawał sobie rady z wirusami. Ot, smocza dola.
- A panienka kim jest, że się tak na smokach zna? – czknął blondyn – Wszak i o siedzisku opowiedzieć umie, i medycynę studiowała chyba… Ani chybi jakaś uczona panna ze szlacheckiego rodu? Dlaczego zatem sama podróżuje, w kocie skóry odziana jak dzikus?
- Ha! Trafiłeś pan w sedno, usidliłeś mnie w pułapce. Panie oberży, podwójne piwo dla tego jegomościa, na mój koszt! – zaśmiała się gromko, błysnęła ostrymi zębami i pogładziła lamparta na ramionach – Ród Houvenghal jest bardzo poważany w Bretevoult, jak zapewne wiecie. Zajmują się smokami od lat, właściwie odkąd ludzie oswoili pierwszego gada. Oto pierwszy raz się wam przedstawię. Zwą mnie Vanessa Houvenghal, pogromczyni smoków z Bretevoult!
 Wszyscy mężczyźni wstali z miejsc, stuknęli się kuflami, a po stołach rozlała się piana, zapachniało alkoholem. Cały zajazd huczał od pieśni pochwalnej na cześć słynnej podróżniczki, która zaszczyciła wioskę swoją obecnością. Żona karczmarza cierpliwie zmywała naczynia, sam właściciel próbował się zdrzemnąć, nie mogąc jednak tego uczynić przez radosne krzyki dochodzące z wielkiej sali. Oto wieśniacy nosili dziewczynę na rękach, czcząc ją i oddając jej chwałę niczym największej bogini.
 Stary kocur znowu narobił pod siebie, a po izbie rozniósł się okropny odór.

*
Uff! Skończone. Co o tym sądzicie?
Ach, tak, uwielbiam staroświeckie klimaty D:

Do następnego razu!

Kolejny nudny blog?

Cześć!

Założyłam tego bloga z myślą o dzieleniu się moimi opowiadaniami, jeśli można je tak nazwać. Od dziecka fascynowały mnie książki i pragnęłam napisać własną. Trenowałam nieugięcie, zdzierałam klawiaturę i palce, lecz nigdy nie kończyłam swoich dzieł. Zalegają więc w systemowych plikach, zajmując jedynie miejsce na dysku. Jednak teraz wszystko się zmieni!

Pragnę podzielić się z wami moimi przemyśleniami. Myślę, że od razu zacznę "z grubej rury" i przestawię wam dzieło mojego życia, którego - znając życie - i tak nie skończę. Jeszcze dzisiaj opublikuję zapewne pierwszy rozdział, więc bądźcie gotowi na zderzenie z "opowiadaniem bez tytułu"!

Trzymajcie się ciepło (jeśli w ogóle ktoś to czyta) :)