Cześć!
Nie będę dłużej trzymać was w niepewności. Oto rozdział drugi mojego opowiadania. Ciekawe, czy kogokolwiek zainteresuje :D
Rozdział II
*
Obudziła się w skromnym, małym pokoju na poddaszu. Nawet nie pamiętała, czy przyszła tam o własnych siłach, czy przyniósł ją jeden z biesiadników. Szczerze mówiąc nie obchodziło ją to zbytnio, ale cieszyła się, że została tak ciepło przyjęta w obcym kraju.
Usiadła na krawędzi łóżka, ziewnęła przeciągle i rozsznurowała kołnierz poszarzałej koszuli nocnej, jednocześnie rozglądając się po kwaterze, w której przyszło jej spać. Nie zawierała ona niczego ponad standard i minimum komfortu – stare, skrzypiące łóżko z pierzyną, pobrudzone lustro, w tym wypadku pęknięte w rogu, śmierdzący nocnik z brązu i rozlatującą się komodę. No, na podłodze był jeszcze dywan. Lecz wbrew pozorom było tu przytulnie, ciepło i całkiem miło jak na wiejską tawernę przy drodze. Jedna z lepszych mieścin, jakie odwiedziła.
Wstała, ściągnęła z siebie koszulę, ponownie ziewając i drapiąc się po plecach. Bolały, cholernie bolały od wczorajszego długiego lotu, a na nią czekała dalsza droga. Skromnie okryła piersi ramieniem i podeszła do okna, aby chociaż spojrzeć na krajobraz.
A widok był przepiękny. Nie miała pojęcia, czy trafiła na dobre miejsce, czy całe Kyrieth wyglądało jak malowane, ale efekt zrzucał z nóg. Za szybą rozciągała się olbrzymia, soczysto zielona polana, na której spokojnie pasły się krowy w brązowe łaty, wymachując ogonami i odganiając się od much. Pamiętała jeszcze czasy, gdy jako dziecko wierzyła, że brązowa krowa daje kawę zamiast mleka i że można na takim zwierzęciu zbić fortunę. Uśmiechnęła się do własnych myśli. Na skraju polanki stała mała drewniana chatka i o wiele większa obora. Gospodarz spokojnie siedział na ławce i palił fajkę, pykając kółka z dymu. Nie zwracał uwagi na półnagą dziewczynę stojącą w oknie oberży.
Po kilku długich minutach z żalem odsunęła się od okna, napojona wspaniałym krajobrazem tego kraju. Nie miałaby nic przeciwko, gdyby i w jej ojczyźnie było tak pięknie. Ale cóż, pomyślała zakładając swoje obcisłe spodnie i zapinając skórzany pas, przemysł niszczy wszystko, zaczynając od zielonych polan, na życiu i marzeniach kończąc.
Po ubraniu się w swój standardowy zestaw szat poczesała kościanym grzebieniem kruczoczarne włosy, zbiegła po skrzypiących schodach i stanęła w głównej izbie zajazdu. Zaskoczył ją nieco obraz sali, bo wyglądała jak jedno wielkie pobojowisko. Po podłodze walały się kufle i ich fragmenty – w końcu nie obyło się bez ofiar. Na stołach muchy obsiadały resztki niedojedzonej strawy. Czarny kocur dumnie przechadzał się wśród rozsypanych udek kurczaka i jakby od niechcenia na nie zerkał. Nażarła się bestia, prychnęła podróżniczka. Należy się mu, wczoraj wiele przeszedł.
Przy stole nikt nie siedział. Żona karczmarza nie zmywała już posłusznie naczyń, wieśniacy nie śpiewali idiotycznych piosenek skupiających się na tym, co u baby pod kiecką, nawet kury za oknem ucichły. Ani jednej żywej duszy, jedynie kocur usiadł wreszcie przy wybranym kawałku mięsa i zamiauczał zachęcająco w stronę dziewczyny.
Podeszła, pogłaskała go. I zamyśliła się. Co on czuł? Bo przecież każde stworzenie, nawet taki kot, odczuwa jakieś emocje. Samotność, opuszczenie, smutek? Niby koty lubią samodzielność, ale przecież nikt nie lubi być samotny. O tak, trafiła w sedno.
Bo ona była jak kot. Kochała samotnie czytać księgi w świątyniach, spacerować brzegiem jeziora, wpatrywać się w chmury na błękitnym niebie. Lubiła bez nikogo innego brać kąpiel w gorących źródłach i odkrywać przeróżne minerały w odległych górach. Uwielbiała być sama. Lecz z całego serca nienawidziła być samotna.
Stała tak dobre dziesięć minut, głaszcząc mruczącego kocura i myśląc o tym, co było i będzie. Bo gdy się głębiej zastanowiła, to zawsze myślała tylko o teraźniejszości – liczyło się dla niej tutaj i teraz. Nie planowała przyszłości, w nosie miała wyniosłe plany swojego rodzeństwa. Robiła to, co kochała i to pochłaniało cały jej czas. Któż miałby wtedy ochotę rozmyślać o czymś tak odległym jak jutro? Jutro się nie liczyło! Jutro mogła być martwa, lecz teraz jeszcze żyła.
Ona głaskała, a kocur mruczał.
*
Jej smok smacznie spał, znużony wielogodzinną podróżą, więc tylko przytargała mu koryto pod nos i napełniła wodą. Z poczuciem spełnionego obowiązku z czułością pogłaskała gada po smukłej szyi i odeszła spokojnym krokiem, nie oglądając się za siebie. Wiedziała, że jeśli zajdzie potrzeba, jej pupil da sobie radę sam. Sama go tak wytrenowała.
Wyszła na główną drogę prowadzącą na rynek wioski. Uważnie obserwowała mijane domostwa, chaty, kamienice – jedne wykonane z desek, drewnianych bali, drugie z kamienia, cegieł. W jednych oknach stalowe kraty, w drugich ozdobne witraże. Dachy ze strzechy, słomy, papy. I drzwi, w tych stronach wizytówka domu. W święto zbiorów każde wejście, nawet najbiedniejsze, przystrojone było złocistym wiankiem ze świeżo zebranych zbóż. Kochała folklor obcych krain.
Mimo wczesnej pory mijała wielu wieśniaków wybierających się na rynek lub pole, kobiety spacerujące ze swoimi dziećmi. Kilkakrotnie naszczekał na nią jakiś pies, raz otarł się kot. Mieścina tętniła życiem, aż miło było patrzeć. Kierowała się na główny rynek, nie zbaczając z drogi. Nie znała tego miasta, więc postanowiła nie szlajać się po obcych terenach.
Rynek miasta, podłużny plac w kształcie litery „T”, otoczony był kamienicami i małymi domami. W tym dniu cały bruk blokowały stoiska i kramy. Tylko przeleciała po nich wzrokiem, a już wiedziała, że można kupić tam wszystko – od żywności, przez drewniane figurki, na broni kończąc. Na środku rynku rozstawili się podróżni komicy i właśnie odgrywali przed liczną publicznością zabawne przedstawienie, a ludzie z chęcią sypali pieniądze do ich kapeluszy.
Przez chwilę nie słyszała własnych myśli. Wokół niej dudniły dźwięki obwoźnych artystów rzępolących na gęślach, nieudolnych grajków, namawiających do kupna handlarzy, heroldów ogłaszających wieści, śmiechów tłumu ze środka placu, krzyków dzieci, rozmów bab, obrzydliwych rechotów facetów, szczęków kling. Jej wyczulony słuch bardzo cierpiał.
Ktoś ją popchnął, potknęła się o wystający kamień. Upadła, siedząc moment zdezorientowana na ziemi, a ludzie spokojnie obok niej przechodzili, nie zwracali na nią uwagi. Podniosła się, otrzepała spodnie i udała, że nic się nie stało. Bo pomimo tego, że swoim egzotycznym ubiorem odróżniała się nieco od standardowych gości miasta, to w dniu jesiennych zbiorów nikt nie wytykał jej palcami. Można było spotkać lepszych przebierańców.
Rozejrzała się i dostrzegła to, co chciała – stoisko z żywymi zwierzętami. I, ku swojej uciesze, były tam kury. Podchodząc jeszcze raz sprawdziła stan swojej sakiewki – dwadzieścia łusek. Gdyby ten karczmarz tak ze mnie wczoraj nie zdarł, pomyślała, to dzisiaj bym zrobiła tu zakupy, a zakupy! Ale nie, dwadzieścia łusek za nockę, nie ma inaczej. Pociągnęła nosem.
No, ale za dwadzieścia łusek można było coś kupić. Smok naje się w lesie, jak się go puści luzakiem, taka bestia zawsze znajdzie jedzenie. Ma silną wolę przetrwania, a lepiej zapolować na łanię w niczyim lesie niż ogryzać kości chudych kwok na podwórzu oberży. Tak więc miała pieniądze.
Mogła zrobić zakupy.
*
- O, widzę, że panienka interesuje się egzotycznymi ozdobami!
Donośny głos sprzedawcy wyrwał ją z zamyślenia. Odwróciła się i obdarzyła mężczyznę zaciekawionym spojrzeniem. Kupiec był ubrany w wiejskie łachmany, lecz jego szyję i nadgarstki zdobiły liczne amulety, talizmany i ozdoby na skórzanych rzemykach. Szerokim gestem wskazał towar na ladzie, a było co oglądać. Kości, kły, szmaragdy, rubiny, łuskowate zdobienia, złoto, gałki oczne, skóra, pazury, futra. Pasy, amulety, naszyjniki, bransolety, kolie, kolczyki, boa. Cicho westchnęła, patrząc na te wszystkie rzeczy, a oczy zalśniły jej z zachwytu. Westchnęła znowu, gdy spojrzała na cenę. O nie, zdecydowanie nie było ją stać. Podziękowała sprzedawcy gestem, i choć ten próbował ją namawiać, ona odwróciła się i podążyła dalej w dół głównej alei.
Zajrzała do kramu z jedzeniem i zakupiła porządną porcję mięsiwa na patyku za jedynie dwie łuski. Zajadała się nim, cały czas rozglądając się za jakąś ciekawszą okazją, która mogłaby ją zainteresować. Jednak zwykle oferta skupiała się na ozdobach dla kobiet, ubraniach, materiałach, żywym towarze, a nawet handlu własną godnością. Nic z tego jej nie interesowało.
I nagle zauważyła go. Oczy jej zalśniły, a usta ułożyły się w podkówkę, gdy jego ostrze zalśniło w słońcu. Odrzuciła patyk po mięsie i podbiegła do kramu.
Od najkrótszych, tych ledwie pięciocalowych, po długie, piętnastocalowe. Sztylety, noże, krótkie miecze. Z rękojeściami metalowymi, skórzanymi, gumowymi i kościanymi. Z ostrzami wygiętymi w wymyślne kształty, z licznymi zdobieniami, z ceną wahającą się od dziesięciu do osiemdziesięciu łusek. Perfekcyjnie ostre, z widocznymi znamionami elfiego wykonania. Wspaniałe.
- Coś podać, kochanieńka? – kobieta o miłej twarzy oparła dłonie o blat.
- Ach, tak sobie tylko patrzę…
- Aj, aj! Toć ja widzę, że panienka krzepka nie jest, sztylecik by się przydał, he, he! Oj, kupi panienka taki, o, za piętnaście łusek. Ma ładnie wyprofilowaną rączkę, nawet różę wyżłobioną, o! A i panienka będzie się czuć bezpieczniej idąc ulicą czy robiąc zakupy, o.
Wzięła go do ręki i dokładnie obejrzała. Faktycznie, wykonanie rękojeści było bardzo dokładne, a sztylet dobrze układał się w dłoni. Kościany materiał był przyjemny w dotyku, lecz nie wyślizgiwał się. Ostrze było strzałkowe, z ozdobnymi żłobieniami na zakończeniu, przy mordowaniu zapewniającymi efektowny rozbryzg krwi. Uśmiechnęła się lekko. Podobał jej się. Pytanie brzmiało tylko: czy naprawdę był jej potrzebny?
- A wie pani, chyba się skuszę. Piętnaście łusek, tak?
Kobieta z chęcią przyjęła srebrne monety, po czym uśmiechnęła się ciepło i podała jej sztylet, estetycznie zapakowany w skórzaną poszewkę. Dziewczyna przypięła go do jednego ze swoich licznych pasów i – nieco bardziej podniesiona na duchu – postanowiła wrócić do karczmy.
Musiała ruszać w dalszą drogę.
*
Ostrożnie zapięła smoczy popręg, poprawiła mocowanie łęku i ostatni raz spojrzała na karczmę. W dzień była ona niemalże martwa, tak samo jak rankiem. Dziwiło ją to, bowiem w jej stronach karczmy pękały w szwach pod naporem gości o każdej porze dnia. No, ale Bretevoult było olbrzymim państwem z niesamowicie rozwiniętym przemysłem, więc ściągało dużo zagranicznych dygnitarzy… A Kyrieth jak to Kyrieth – małe, nadmorskie państewko, praktycznie lenno cesarstwa.
Westchnęła głęboko, odpędzając smętne myśli, po czym jednym ruchem znalazła się na grzbiecie smoka. Przebudzony gad ryknął cicho, zachwiał się na olbrzymich łapskach i począł przemierzać pole pszenicy powolnym, niemalże żółwim krokiem. Dziewczyna dziabnęła go ostrogą, co zmusiło bestię do żwawszego kroku. Rychło okazało się jednak, że dalsze popędzanie nie było potrzebne – smok szybko rozgrzał mięśnie i dreptał wesoło i skocznie.
Gdy znalazła się już odpowiednio daleko od wsi, klepnęła zwierzę w łopatkę, a gad – nauczony tego gestu już od wielu lat – stanął, napiął mięśnie, załomotał skrzydłami i z impetem wzbił się w powietrze, rozdmuchując pobliskie zboża, posyłając w powietrze pyłki kwiatów. Podróżniczka przywarła na szyi stworzenia, bo doświadczenie podpowiadało, że jazda bez trzymanki może skończyć się bardzo bolesnym upadkiem.
Znajdowała się kilkanaście metrów nad ziemią, a smok nie miał ochoty dłużej balansować w miejscu. Zezwoliła mu na swobodny lot, co jakiś czas kontrolując kierunek. Rozradowana bestia co jakiś czas nurkowała dziko, co jednak nie przeszkadzało dziewczynie. Ona sama była dzisiaj pełna energii, więc nie dziwiła się zwierzęciu. Pilnowała trasy, ale jednocześnie nie stresowała się – dobrze znała drogę.
Bo co jak co, ale drogę do domu przecież trzeba znać najlepiej.
*
Rozdział jest chyba trochę krótszy niż poprzedni, ale mam nadzieję, że także się wam spodoba :) Zapraszam do komentowania. Świadomość, że ktoś czyta i docenia moją pracę bardzo motywuje do dalszego pisania.