środa, 25 lutego 2015

Rozdział VIII

Dobra, dobra, macie następny rozdział, tylko nie bijcie ;-;

Rozdział VIII

Sen, choć krótki i niepełny, był bardzo przyjemny. Była ptakiem, orłem o jasnych skrzydłach, który przemierzał bezkresne równiny, leciał wysoko nad głowami ludzi i ponad koronami drzew. Nie musiała martwić się niczym. Była wolna, zupełnie wolna i nic jej nigdzie nie trzymało.
 Te przyjemne senne marzenie przerwał brzdęk tłuczonego szkła połączony z odgłosem ciała bezwładnie upadającego na podłogę. Kilka sekund zajęło jej rozpoznanie miejsca, w którym się znajduje i przypomnienie sobie ostatnich zajęć. Zlecenie, kobieta, Wdowa. Więc narkotyk już zadziałał, pomimo dodanej do niego pierzynki, mającej na celu spowolnienie śmierci.
 Zbiegła po schodach, które odezwały się przeciągłym skrzypieniem. Na parterze zastała scenę jak z horroru – tuż przy palenisku leżała właścicielka gospody w rozległej kałuży krwi. Otaczał ją tłum przerażonych gości, a jeden z mężczyzn próbował cucić z pewnością martwą już kobietę. Na początku serce Ceres mocniej zabiło na ten widok, ale wystarczyło podejść kilka kroków, aby się przekonać o własnej naiwności. Krew wcale nie była szkarłatną posoką, lecz bordowym winem pomieszanym z kawałkami rozbitego szkła. Blisko dłoni nieprzytomnej kobiety leżała wywrócona taca, a obok niej drewniana miska z rozsypaną wszędzie kaszą ze skwarkami.
- Pani! – zawołał śmiałek, który wcześniej opowiadał o swojej przygodzie ze smokiem. Teraz potrząsał kobietą jak szmacianą lalką – Co pani?! Odezwie się pani!
 Niestety, właścicielka nie mogła już wypowiedzieć nawet jednego słowa. Pod nosem powoli krzepła jej strużka krwi, świadcząca o poprawnym działaniu Wdowy. Oczy kobiety były na wpół przymknięte, a spękane, rozwarte usta drgały w rytm potrząsania. Pewnym było, że ona już nie żyła.
 Zanim podeszła do ciała kobiety, Ceres rzuciła okiem na ladę. Zabójcza kolacja była zjedzona co do najmniejszego okruszka. Taboret stojący nieopodal był odsunięty, czyli po skończeniu posiłku właścicielka wciąż trzymała się na nogach. Co ciekawe, najpewniej zdążyła jeszcze przyjąć zamówienie i nalać trunku do kielichów, lecz wino nie dotarło już do zamawiającej je osoby. Nawet pomimo opóźnienia Wdowa działała szybko, blokując procesy życiowe i wydzielając taką ilość adrenaliny, że ciało nie było w stanie tego znieść.
 Jej kremowa sukienka zaszemrała materiałem po podłodze, gdy podeszła do stygnącego ciała. Tłum ustąpił nieco, część gości poszła do domu, wyprowadzając z gospody szlochające kobiety. Teraz pozostało tu jedynie kilka najwytrwalszych osób, w tym Ceres. Modliła się tylko, aby w tym towarzystwie nie znalazł się medyk znający się na narkotykach i truciznach.
 Nawet nie zauważyła, kiedy została prawie sama. Stał przy niej jedynie bogato ubrany młodzieniec, szepcząc coś o strażach. Postanowiła ulotnić się z miejsca zbrodni zanim ktokolwiek wpadnie na pomysł powiązania jej z przestępstwem. Przestąpiła nad ciałem kobiety, a sukienka łapczywie wypiła wino-krew, gdy tylko materiał dotknął kałuży. Nie przejmowała się tym, bo i tak nie miała ochoty potem jej zakładać.
 Wyszła z gospody, nawet nie oglądając się za siebie.
*
 Na zewnątrz było już ciemno. Brukowanymi uliczkami spacerowało kilku mieszkańców, od których aż bił przepych. Najdroższe materiały, futra, satyna, złote nici, biżuteria, a przede wszystkim chciwość, sztuczność i nieuprzejmość – każdy z nich był w to wyposażony. Patrzyli się z obrzydzeniem na dziewczynę odzianą niczym biedaczka, w przybrudzonej i wilgotnej od wina sukni. Nie chcieli mieć z nią do czynienia.
 Zastanowiła się chwilę. Skoro tutaj było tak okropnie, to jaka atmosfera panuje w wyższych strefach Kirvanu? I ile złota muszą posiadać w szkatułkach jej mieszkańcy? „Obrzydliwie bogate, skąpe świnie”, mruknęła pod nosem, gdy kolejna para minęła biedaka siedzącego pod ścianą i żebrującego o chociaż jedną złotą monetę, aby nie umrzeć z głodu.
 Ceres dała mu pięć. Znała jego sytuację aż za dobrze. Nawet, jeśli stoczył się z własnej winy, należało mu pomóc podnieść się znowu na równe nogi. Tak jak kiedyś ktoś pomógł jej.
 Nagle przed nosem przemknęła jej charakterystyczna postać kobiety w średnim wieku, ubranej w roboczą suknię i fartuch. To była ta sama zazdrosna kobieta, która zleciła jej zabójstwo kochanki męża. Czy to możliwe, aby była wtedy w gospodzie? A może obserwowała wszystko przez okno?
 Bez wahania chwyciła ją za ramię. Przestraszona mieszkanka szybko odwróciła się w jej stronę, ale rozluźniła się na widok znajomej twarzy. Na jej obliczu pojawił się nawet delikatny uśmiech ulgi.
- Ceres! Czy zlecenie… - zawahała się – Czy robota została już wykonana?
- Nie tutaj – skarciła ją dziewczyna i szybkim ruchem rozejrzała się po nagle opustoszałej alejce, aby dodać swoim słowom wiarygodności – Czy mogę wstąpić na moment do twojego domu?
- O-owszem, ale to aż w Aethum…
- Przecież ja też tam mieszkam – ucięła.
 Kobieta nie odzywała się do niej przez całą drogę. Przemierzały pustoszejące alejki tego ohydnego miasta w milczeniu, a każda była pogrążona jedynie we własnych myślach. Ceres zastanawiała się, jak długo jeszcze będzie musiała brudzić swoje ręce, aby móc wreszcie opuścić to więzienie.
 To miasto nie było zwykłe. Można było je określić jako pułapkę, bilet w jedną stronę. Jeżeli weszło się do niego i zabawiło dłużej niż trzy dni, za wyjście pobierano olbrzymią opłatę. Osoby zamożne było stać na tyle wizyt, ile ich dusza zapragnie, jednak ubożsi utykali tutaj na dobre. Właśnie dlatego ulice i zaułki zapełnione były biedakami, którzy cały swój dobytek posiadali w innym mieście, może nawet państwie. Władze Kirvanu bardzo niechętnie wydawały obywatelstwo, więc oszukani ludzie nie mogli nawet dostać domu czy stałej, dobrze płatnej pracy. Nie mieli pieniędzy, lecz nadal musieli płacić podatki. A jeśli nie zostawało im już nic, byli zatrudniani do wycieńczającej pracy za miskę zupy i pół bochenka chleba. Prawdziwie zadowolona była jedynie bogata szlachta, która nawet nie kryła się z faktem wpływania na decyzje głowy miasta. Bez zgody najbogatszych rodów nic nie mogło się odbyć. To miasto miało swój własny, ohydny sposób na życie.
- O czym myślisz? – głos towarzyszki wyrwał ją z chwilowej zadumy.
- Ach, o życiu – uśmiechnęła się przekornie – Wiesz, nawet komuś takiemu jak ja czasami się zdarza.
 Kobieta splotła dłonie za swoimi plecami i nerwowo potarła palce. Wzniosła wzrok ku zachmurzonemu niebu, które z każdą minutą robiło się coraz ciemniejsze. Tej nocy z pewnością nie będzie widać na nim gwiazd.
- Ceres… Powiedz mi, jak to się stało, że wylądowałaś w takim miejscu? Zostałaś zmuszona do tak okropnych czynów jak kradzież czy morderstwo… Bo ja wierzę, że nie robisz tego z własnej woli, czyż nie? Wiem, że po zleceniu ci zabójstwa nie mogę prawić ci morałów czy czynić wyrzutów, ale…
 Blondynka zastanowiła się chwilę. Co prawda nie mogła uznać, że przyjaźni się z tą chorobliwie zazdrosną kobietą, lecz to nie miało teraz znaczenia. Jeśli wszystko pójdzie po jej myśli, ta pani będzie martwa w ciągu najbliższych kilku godzin, a tym samym nawet najbardziej wstydliwe informacje, które jej ujawni, zetrą się i znikną, gdy zatrzyma się jej puls.
 Nie. Nie była gotowa.
- To długa historia, a jesteśmy już w Aethum – wymigała się zręcznie, nie patrząc rozmówczyni w oczy – Chodźmy wreszcie do ciebie, zaczyna robić się zimno.
 Kobieta podprowadziła ją do jednej z wielu identycznych chat i gościnnym ruchem zaprosiła do środka. Wnętrze było bardzo ubogie – na środku izby leżał cienki dywan, a przy ścianie stał kominek służący jednocześnie za piec. Przy nim wybudowane były drzwi. W rogu pokoju znajdowało się niewygodne łóżko, komoda i dwa kufry. Przy przeciwnej ścianie stał nieduży stół i para krzeseł. Na jednym z nich siedział barczysty, nieco posiwiały mężczyzna w stroju robotnika.
- Wróciłam, kochanie – odezwała się delikatnie kobieta, wskazując na Ceres – Przyprowadziłam gościa. Przyjmę ją w pokoju dziennym. Nie przeszkadzaj sobie…
 Nie odpowiedział, wrócił jedynie do przerwanego posiłku. Żona wprowadziła dziewczynę do przybudowanej izby za drzwiami. Te wnętrze było urządzone równie skromnie co poprzednie. Zawierało starą kanapę, fotel, okrągły stół, taboret i szafkę. Kobieta wskazała na kanapę, po czym niemal jednocześnie usiadła na niej wraz z Ceres. Kilkakrotnie zerknęła na drzwi, jakby pragnąc się upewnić, że mąż nie będzie ich podsłuchiwał.
- Więc… - zaczęła niepewnym głosem – Ona nie żyje?
 Ceres śmiałym ruchem pokiwała głową, a na usta wypełzł jej szyderczy uśmieszek.
- Nie żyje, prze-pani. Jest martwa, zimna i sztywna. Jeśli miała jakąkolwiek rodzinę, to niedługo zapewne urządzą jej pogrzeb. I taki był koniec właścicielki gospody i złodziejki mężów.
 Po wypowiedzeniu ostatnich słów spojrzała na towarzyszkę nienawistnym wzrokiem. Kobieta wzdrygnęła się pod tym spojrzeniem, a całe jej ciało przeszyły dreszcze. Straszne, złote spojrzenie. Spojrzenie mordercy i złodzieja.
- Uznajemy całą sprawę za zakończoną – blondynka objęła ramiona rozmówczyni i pogłaskała ją po głowie – Nie musi się już pani więcej bać o swojego męża.
 W tym ułamku sekundy zadecydowała, że wszystko to skończy się tu i teraz. Obsunęła swoją rękę z kobiecych włosów prosto na jej usta, zaciskając je mocno, aby ofiara nie mogła krzyczeć. Silnym objęciem krępowała jej ruchy, a jednocześnie szybko wyjęła sztylet spod paska przy udzie. Na jego widok szamocząca się kobiecina zamarła, a po chwili szarpnęła się w panice. Próbowała kopać i gryźć, ale już niewiele dzieliło ją od tragicznego losu. Ręka ze sztyletem opadła na gardło kobiety, a ostrze wgryzło się w tkanki, rozrywając wszystko z mięsistym chrupnięciem.
 Ciało upadło bezwładnie na drewnianą podłogę, brocząc ją ciemnoczerwoną posoką.
- Nie porozmawiamy ze sobą dłużej – Ceres z wyższością patrzyła na stygnące zwłoki – Zginęłaś za nienawiść i chorobliwą zazdrość, która zżerała cię od środka. A twój małżonek zginie za kłamstwa, obłudę i zdradę. Jeśli tamta kobieta była niewinna, to wasza dwójka pójdzie dziś do piekła.
 Przez chwilę milczała.

- Pewnie kiedyś się tam spotkamy.
*
Nie mam siły na więcej.
Pis joł.

wtorek, 24 lutego 2015

Dopadło mnie

Choróbsko mnie dopadło.
Wredne, obrzydliwe choróbsko. Siedzę w domu, biorę potężną dawkę antybiotyków i zwijam się z bólu, bo jestem osłabiona jak nigdy dotąd.
Teoretycznie jest to więcej czasu na pisanie, lecz nie spodziewajcie się wiele. Ledwo jestem w stanie unieść mały palec.
Tak czy siak, postaram się.

O, a tutaj dam wam fanarta od Zannie (dużo się tych fanartów narobiło, co nie?) Zdjęcie robione kalkulatorem, bo jestem zbyt biedna na skaner.

(na prośbę Zannie zrobiłam tak, aby Vanessy nie skracać :P)

No, zgadnijcie kto to! :D


Tak więc, jestem chora, obolała i generalnie zarażam rakiem łokcia na kilometr, ale specjalnie dla was się postaram. Trzymcie się, miśki.
Pis joł.

wtorek, 17 lutego 2015

Rozdział VII

Witam was po długiej przerwie i z miejsca przepraszam za tak przeciągniętą nieobecność D:
W ramach zadośćuczynienia dziś gwarantuję wam nieco dłuższy post.
Różne rzeczy się działy, ale teraz mogę wreszcie napisać rozdział, więc...
Enjoy!

Rozdział VII

 Walczyła ze sznurkami ściągającymi gorset – zupełnie nie umiała ich zawiązać. Stała już całkowicie ubrana w schludną suknię w beżowym odcieniu, praktycznie bez żadnych ozdób, jedynie z tym nieszczęsnym gorsetem opinającym jej pierś. Spojrzała błagalnie w stronę brata, który po chwili podszedł do niej i zręcznym ruchem zawiązał tasiemki na plecach.
- To nie jest trudne – napomknął – Pod warunkiem, że nie próbujesz przy okazji wykręcić sobie rąk do tyłu, wiesz? Poza tym, po co te całe przebieranki? Nie możesz po prostu iść tam i poderżnąć jej gardło, będąc ubraną w swój standardowy strój?
- To Vestell, dzielnica szlachty! Co prawda średnio bogatej, ale jednak mają oni jakieś wpływy polityczne. Wypadałoby przynajmniej zaprezentować się schludnie.
 Szatyn spojrzał na nią z ukosa i parsknął śmiechem. Nie wyobrażał sobie Ceres jako szlachcianki lub księżniczki, choć krew płynąca w żyłach jej przodków była w pewnym stopniu błękitna. Ta dziewczyna wybrała życie morderczyni, bandytki i osoby wyjętej spod prawa. Chyba nawet dobrze się z tym czuła – nigdy nie narzekała na swoje życie, a bywało ciężko. Chłód, braki w jedzeniu i dyskomfort były dla nich codziennością. Rodzeństwo jednak dalej trwało dzielnie wśród nienawiści i smrodu krwi, ponieważ mieli siebie. Obecność drugiego zawsze dodawała pierwszemu siły. Szczególnie, jeśli oprócz siebie nie mieli zupełnie nikogo.
- Dobra, idź już. Jest coś około piątej po południu. Nie śpiesz się, idź powoli, wynajmij pokój, zjedz coś w głównej izbie. Po drodze pomyśl nad jakąś wymówką – jesteś podróżniczką, przyjezdną, żoną kupca? Może córką szlachcica? Wieczorem możesz trochę porozmawiać z tą kobietą, żeby zdobyć jej zaufanie. Wygląda na to, że to twoja pierwsza poważniejsza robota z wykorzystaniem alternatywnej tożsamości i ufności gospodarza.
 Dziewczyna uśmiechnęła się do brata. Pomimo wszystko miała jednak w sercu zwątpienie i żal za to, co robi. Pierwszy raz od kilku lat mordowania i siekania ludzi nie mniej winnych czuła coś, co można było porównać do wyrzutów sumienia.
- Wiesz co, Matt? – zagaiła – Nie podoba mi się ta nasza klientka. Dobrze wie, że to mąż ją zdradza. Mąż, który doskonale zdaje sobie sprawę z oficjalnego małżeństwa i przysięgi, jaką złożył wobec żony. Co, jeśli ta kobieta prowadząca gospodę nie wie nawet nic o ożenku mężczyzny? Nie będzie nawet świadoma tego, za co zginęła.
- Ceres… Czy ty jej współczujesz?
 Szybko spojrzała mu w oczy. W jego złotych tęczówkach było widać zaskoczenie, może nawet w pewnym stopniu strach… Nie, to był niepokój. No tak, ona nigdy nikomu nie współczuła. Była mordercą idealnym, który zabijał bezszelestnie, szybko i w miarę bezboleśnie dla ofiary. A teraz nagle, z dnia na dzień, pod wpływem jednej kobiety, jednego zlecenia, zaczęła wątpić w to, co robi? Nie mógł tego pojąć.
- Nie nazwałabym tego współczuciem – zmarszczyła czoło, kopiąc wysokim butem jakiś mniejszy kamień – To bardziej poczucie niesprawiedliwości. Wiem, wiem, zarówno my, jak i te miasto dawno od sprawiedliwości uciekliśmy. Co myślisz o moim planie? Kobietę oczywiście zabiję, przecież za to mi zapłacono. Jednak w naszej umowie nie było ani zdania o pewności przeżycia klientki i jej niewiernego męża. Mężczyzna zginie za zdrady, a żonka za zbytnią ufność i pochopne osądy.
 Wyraz twarzy chłopaka złagodniał nieco, a on sam przybrał lekki uśmiech.
- Przez chwilę myślałem, że mi siostrę podmienili. No, ale teraz jestem pewien, że to jednak ty. Ruszaj, ty lisku-chytrusku, jeśli chcesz jeszcze zastać otwarte drzwi.
 Ruszyła zgodnie z jego poleceniem, bo bardzo mu ufała.
*
 Schorowany staruszek nawet nie pytał, gdzie wychodzi. Już kilka ładnych lat wcześniej oduczył się wtykania nosa w nie swoje sprawy. Wiedział, że jeśli rodzeństwo gdzieś wychodzi, to najprawdopodobniej kraść albo mordować. On dawał im schronienie, względną niewykrywalność i pożywienie, a oni gwarantowali mu, że nikt nie skojarzy sobie starca z dwójką morderców z podziemia. Na razie ich sposób na życie sprawdzał się dość dobrze – straż nie zapukała do domu mężczyzny ani razu w przeciągu czterech lat. Żadne z duetu nie przechodziło przez próg chaty wystarczająco często, by ktokolwiek mógł coś podejrzewać. Wszystko szło idealnie i zgodnie z planem, co bardzo radowało całą trójkę.
 Dziewczyna ustrojona w długą suknię z taniego materiału posłała mu wesoły uśmiech. Zauważył, jak rozchyla materiał i ujawnia duże rozcięcie w spódnicy do połowy uda. Założyła na nogę pasek z przypiętą sakiewką oraz krótkim, ostrym sztyletem owiniętym tylko kilkoma warstwami ciężkich, lnianych szmat. Bez wątpienia szła zabijać, lecz w takim stroju?
- Uważaj na siebie, Ceres – wyszeptał – Matthew będzie bardzo cierpiał, jeśli cokolwiek ci się stanie.
- Wiem, dziadziu – uspokoiła go ruchem dłoni – Zawsze mi tu powtarzasz. Spokojna głowa, nie dam się zabić. To prosta misja, a ja zawsze jestem ostrożna. Dziś możesz liczyć na nieco więcej złota w swojej kieszeni!
 Po wypowiedzeniu tych słów otworzyła drzwi chaty, a promienie zachodzącego słońca magicznie zatańczyły na zdobieniach jej sukni. Już po chwili po dziewczynie nie było nawet śladu.
*
 Strażnicy przy bramie Vestell nawet jej nie zaczepili, gdy spokojnie przez nią przechodziła. Cieszyła się z tego – to oznaczało, że była dobrze zamaskowana i mogła bez obaw wypełnić swoje obowiązki. 
 Nie śpieszyło jej się. Przechadzała się alejkami i obserwowała mieszkańców tej dziwnej dzielnicy. Trzeba bowiem wiedzieć, że Vestell leżało pomiędzy skromnym Aethum, a chełpiącym się bogactwem i przepychem Rhedd. Widać było znaczny odskok od biedy panujących na niższych „piętrach” – domy były kamienne lub wykonane z szarej cegły, ładnie zdobione i solidne, a ich właściciele – wytwornie ubrani i z wysoko zadartymi nosami. Pomimo ślicznych ścieżek, skwerów i placów w tym miejscu panowała okropna atmosfera nieuprzejmości. Ceres pomyślała, że strasznie ciężko jest tu znaleźć przyjaciół, skoro wszyscy są dla siebie tak opryskliwi.
 Nie mogła się oprzeć i weszła do jednego sklepu z bronią łowiecką. Było tam znacznie taniej niż u kowala, a jednocześnie nikt nie podejrzewał, że planujesz poderżnąć komuś gardło właśnie zakupionym sztyletem. Poza tym można było tam dostać bronie naprawdę niezłej jakości.
- Witam śliczną panienkę! – zakrzyknął niski sprzedawca za ladą – Proszę się rozejrzeć, nie krępować się. Mam sporo nowego towaru na zapleczu, jeśli to panienkę zainteresuje.
- Nie, dziękuję, ja się tylko rozglądam – wymamrotała, faktycznie oglądając kilka sztyletów i noży w gablocie. Ich rękojeści wyglądały na bardzo wygodne, a ostrza były w dogodnym kształcie. Były także niewielkich rozmiarów, co pozwalało na ukrycie ich choćby w cholewie buta.
- Panienka wybaczy, że jestem taki ciekawski, ale nie wygląda mi panienka na łowczynię… Można znać powód odwiedzin mojego sklepu?
 Ceres była przyzwyczajona do takich zaczepek. Dzięki wprawie i złotemu językowi nigdy nie traciła wigoru oraz potrafiła zgrabnie wymigiwać się z niekomfortowych sytuacji.
- Mój ojciec ostatnio interesuje się tym wszystkim, wybiera się na łowy i takie tam… Pomyślałam, że mogłabym kupić mu jakiś sprzęt z okazji urodzin.
 Sprzedawca wyraźnie ożywił się i przypadł do niej, gotowy służyć radą.
- Ach! Pan wybaczy – złapała się za głowę, słysząc uderzenie dzwonu oznajmiające godzinę siedemnastą trzydzieści – Muszę wracać do domu, inaczej pani matka będzie zła. Jeszcze tu wrócę, do widzenia!
 Wyszła z budynku, uśmiechając się pod nosem i obracając w dłoniach nowy nabytek – ładny, prosty sztylet o skórzanej rękojeści o bardzo wygodnym kształcie.
*
 Na jej szczęście drzwi gospody wciąż były otwarte, choć na zewnątrz już zmierzchało. Dawno nie była w żadnej knajpie, niemal zapomniała, jaka atmosfera panuje w takich miejscach. Do jej uszu dotarła głośna muzyka podróżnego zespołu. Dźwięki lutni, fletu oraz kobiecego głosu z towarzyszeniem bębnów były całkiem przyjemne. Weszła głębiej w izbę i poczuła intensywny zapach kaszy oraz pieczonego mięsa. Poczuła, jak zaburczało jej w brzuchu.
 Na środku karczmy stało wbudowane w podłogę kamienne palenisko oraz rożen nad nim. Wokół niego rozstawione były trzy ławki, teraz zajęte przez kilku mężczyzn i kobietę z dzieckiem. Przy ścianach stało kilka stołów, jeszcze bez zastawy i jedzenia na nich. Widocznie żaden z gości nie był na razie głodny lub kolacja nie była jeszcze gotowa. Przeszła obok paleniska i stanęła przy drewnianym blacie, wyczekując na powrót właścicielki.
 Kobieta szybko wyszła z jednego z pokoi, niosąc na tacy kilka kielichów i talerzy. Położyła je na stole i zwróciła się do dziewczyny. Miała delikatną, dziewczęcą urodę, mały nosek i okrągłe policzki. Jej duże oczy zachwycały mieszaniną zieleni i błękitu, a długie kasztanowe włosy były splecione w gładki warkocz do połowy pleców. Nie była brzydka, wręcz przeciwnie – blondynka nie dziwiła się już niewiernemu mężowi. Gdyby była mężczyzną, to sama zakochała by się w tej właścicielce.
- Witam w gospodzie „Pod Czerwonym Mchem”! Coś podać?
 Głos także miała bardzo dziecięcy. Ceres przez chwilę zastanowiła się, ile ta kobieta miała lat.
- Poproszę kielich czerwonego wina. Chciałabym także wynająć pokój, jeśli macie państwo jakiś wolny – złotooka zrobiła najmilszą minę, jaką umiała.
- Mamy, oczywiście – już po kilku sekundach leżał przed nią miedziany klucz oraz stał kielich z trunkiem – To będzie razem dwadzieścia taratów. Życzymy miłego pobytu!
 Kobieta odebrała zapłatę i oddaliła się, mając w zamiarze dalsze porządki w pokojach gości. Ceres powoli popijała wino, przyglądając się gościom zgromadzonym wokół ognia. Po chwili namysłu wstała i przysiadła się do nich, bo rozprawiali o czymś z wypiekami na twarzy.
 Jeden z mężczyzn, brunet z kilkudniowym zarostem opowiadał o swoich podróżach na ziemie niczyje. Zgodnie z jego relacją prawie cały dzień spędził na zabójczo gorącej pustyni, niezamieszkanej przez prawie żadne formy życia. Zaczęła słuchać uważniej, bo lubiła takie opowieści. Gdy była mała, Matthew wymyślał jej wiele bajek na dobranoc. Uśmiechnęła się do własnych wspomnień i zerknęła na mężczyznę, który zaczął zagłębiać się w swoich opisach.
- Słońce tak grzało, że prawie mi skórę topiło! – mówił, a wszyscy słuchali z zapartym tchem – Trzy dni już tak idę, jedzenia nie ma, a woda na wyczerpaniu, myślę: co robić? Ale długo żem tak nie myślał, bo patrzę, a jak zaraz mi tu nie wyskoczy wielka bestia!
 Dwie kobiety zasłoniły sobie usta dłońmi, a Ceres uniosła wysoko brwi.
- Bestia? – upewniła się cicho.
- Bestia! – potwierdził, odgryzając duży kawałek mięsa z uda kurczaka – Wielka, skrzydlata jaszczurka, ogromna jak dom! Skórę miała taką, o, jak twoja sukienka – jasną i trochę przybrudzoną, he, he! Zębiska takie wielkie i ostre, jak mi pyskiem kłapnęła, to żem myślał, że kipnę.
- To musiał być smok – rzekła blondynka z wypiekami na twarzy – Najprawdziwszy dziki smok, jak te ze starych legend!
 Uwielbiała bajki, podania i opowieści o smokach, które kiedyś przedstawiał jej dziadek. Dobrze znała smoki oswojone przez ludzi – stworzenia zwykle pokojowo nastawione, wykorzystywane do dalekich podróż lub ciężkich prac. Bezzębne, czasami nawet oślepione lub odurzone narkotykami, aby tylko nie przeszkadzały swoim panom w robocie. Olbrzymie stworzenia zdominowane przez małe mrówki, jakimi są ludzie. Stworzenia, które kiedyś rządziły tym światem.
- Może. Ale przecież dzikich smoków już nie ma, łowcy wszystkie wybili.
- Prawie nie ma – zwróciła mu uwagę ładna szatynka w ozdobnej sukni i futrze z jaskiniowych łasiczek – Ich populacja jest bardzo mała, ale niektóre z nich wciąż wędrują po terenach nieskalanych ludzką stopą.
- Phi, uczona się znalazła – prychnął i pociągnął olbrzymi łyk piwa z kufla – No, ale może ma panna rację, pewnie był to ten dziki smok. Żem się rzucił, żeby uciec jak najdalej od tego dziadostwa, a smok za mną, w pogoń! Myślał żem, że mnie zabije, nogi już mi słabowały, tyle godzin bez niczego w gębie żem szedł. Na szczęście bestia nie goniła mnie długo, chyba się wróciła tam gdzie była. A żem padł na piach i bym nie wstał, gdyby obok nie przechodzili podróżnicy mi podobni. Zabrali mnie i dali mi pić, takie żem miał szczęście! Chwała bóstwom, że teraz mogę wam to opowiedzieć.
 Słuchacze spojrzeli na niego z zachwytem, a kilku z nich zaczęło bić mu gromkie brawa. Ceres także się dołączyła, bo bardzo spodobała jej się opowieść mężczyzny. Przez głowę przemknęła jej myśl, że sama coś takiego chętnie by przeżyła. Podróż, przygoda, trochę niebezpieczeństw i przede wszystkim dobra zabawa. Miała na to ochotę, jednak z finansami było już gorzej. A żeby zarobić, musiała pracować.
 Nagle oprzytomniała i przypomniała sobie o zleceniu. Pośpiesznie spojrzała w kierunku lady. Zobaczyła właścicielkę kładącą na blacie miskę z porcją kaszy i odrobiną mięsa. W jej głowie zaświtała myśl tak złowroga, że aż sama się jej zlękła.
 Właśnie na takie okazje nosiła ze sobą odrobinę niesamowicie silnego narkotyku wśród przestępców nazywanego „Wdową”, ponieważ wiele kobiet straciło przez niego mężów. Zbyt duża dawka proszku dodana do posiłku lub napoju wystarczyła, aby zabić człowieka w ciągu kilku minut. Szczypta wywoływała silne halucynacje i doprowadzała do ekstazy, a odrobina więcej działała jak trucizna. Ceres bała się go zażywać, lecz nosiła go przy sobie, aby nie robić sobie wstydu wśród kolegów z podziemia.
 Młoda posługaczka poprosiła kobietę na chwilę do pokoju. „Teraz albo nigdy”, pomyślała blondynka i spokojnym krokiem podeszła do lady. Udając, że dopija resztkę wina w kielichu, wyciągnęła zza paska przy udzie mały woreczek i wsypała pół jego zawartości do kaszy, a następnie intensywnie wymieszała. Serce biło jej jak oszalałe, bo nigdy nie robiła tego typu rzeczy. Do jej specjalności należały szybkie, spontaniczne zabójstwa poprzez poderżnięcie gardła, a nie trucie pięknych kobiet narkotykiem.
 Nikt widocznie nie zauważył jej dyskretnego działania, bowiem goście nadal bawili się świetnie. Siedzieli dookoła paleniska i słuchali żywej pieśni wędrownego zespołu. Ceres wyciągnęła monetę i rzuciła do miski obok jednego z grajków, a ten podziękował jej skinieniem głowy. Nie miała ochoty tego robić, lecz chciała jak najbardziej upodobnić się do innych mieszkańców Vestell – bogatej i rozrzutnej szlachty.
 Od jednego z mężczyzn dowiedziała się, że na wyższym piętrze znajdują się pokoje oraz niewielka biblioteka dla osób potrafiących czytać. Ona co prawda nie posiadała tej umiejętności, ale powoli wspięła się po schodach i rozsiadła w fotelu. Czekała cierpliwie na choćby niewielki znak na to, że właścicielka połknęła zabójczą porcję kaszy.
- Ostatni posiłek – szepnęła sama do siebie – Biedna, bogom ducha winna kobieto. Ciekawe, czy w ogóle wiedziałaś o żonie tego mężczyzny, czy w ogóle wiedziałaś o tym, co robisz. Może cię uwiódł, może zakochałaś się nie w tym, w którym powinnaś. Naprawdę nie miałam ochoty cię zabijać, lecz dostałam za to pieniądze, a ja zawsze wywiązuję się z zawartych umów. Wybrałam dla ciebie szybką i w miarę bezbolesną śmierć, a jednocześnie nie wskazującą bezpośrednio na mnie jako zabójcę. To korzystne dla nas obydwóch. Spoczywaj w pokoju.
 Kolejne słowa przez nią wypowiadane były coraz cięższe i bardziej przeciągane. Po chwili głowa opadła jej na ramię i Ceres zapadła w płytki, niespokojny sen.

*

Jak się podobało? c:

środa, 11 lutego 2015

Rozdział VI

Troszkę się rozleniwiłam z tym dodawaniem rozdziałów, ale nie musicie już dłużej czekać c: Proszę państwa, oto wspominany w księgach, zapowiadany przez proroków...

Rozdział VI

*
  Drżała. Z zimna, ze strachu. Nie dowierzała, że właśnie to robi. Że prawdopodobnie zaraz pozwoli zarobić płatnym mordercom, rabusiom i przestępcom.
 Kilka razy wahała się nad uniesieniem ręki w celu zapukania. Bała się, że podjęta przez nią decyzja zmieni jej życie bezpowrotnie, wywróci wszystko do góry nogami. Pomimo szczypiącego chłodu ręka trzymająca kartkę strasznie się pociła. Wiedziała, że nie ma wyjścia. Ta jędza zasługiwała na nauczkę, która uniemożliwi jej dobieranie się do cudzych facetów.
 Zapukała. Wstrzymała oddech i zdawało jej się, że zaraz wybuchnie od środka. Świdrujące uczucie w żołądku ustało momentalnie, gdy drzwi uchyliły się lekko, a w szparze pojawiła się blada, pomarszczona twarz starszego mężczyzny. Nie wyglądał na kogoś zdolnego do morderstwa.
- C-czy dobrze trafiłam? – głos jej drżał, gdy zadawała pytanie, wskazując na trzymane ogłoszenie – Błyskawiczne rodzeństwo rozwiąże wszystkie twoje problemy za niewielką sumę, po więcej informacji zgłoś się do najmniejszej chaty w Aethum… Rozmiary oceniałam na oko, więc chyba się pomyliłam… Przepraszam za najście, miłego dnia…
 Starzec chwycił ją za nadgarstek. Jego dłoń była skostniała i zimna, nieprzyjemnie zaciskała się na kończynie kobiety. Zrezygnowana westchnęła i zerknęła na właściciela domu. Żałowała, że podjęła tą decyzję. Bardzo, bardzo żałowała.
- Stój, dziecinko – wychrypiał mężczyzna – Dobrze trafiłaś. Wchodź, zaraz poznasz „rodzeństwo”.
 Wnętrze chaty było biedniejsze niż podejrzewała. Drewniany stolik pod ścianą, na nim pół bochenka chleba i jeden kawałek wołowiny. Oprócz tego zapadnięte łoże, rozlatujący się kufer, dywan z pozszywanych zajęczych skór oraz niewielki komin. Ach, no i drewniany taboret, ale on miał połamane siedzisko, więc raczej się nie liczył. Dokładnie rozejrzała się po izbie, lecz nigdzie nie zauważała wspomnianych rozmówców, „błyskawicznego rodzeństwa”. Przeczesała mokre włosy ręką, spojrzała wyczekująco na starca i chrząknęła.
- Więc… gdzie oni są?
 Jako odpowiedź usłyszała tylko krótkie i niejasne „chodź”. Podążyła więc za mężczyzną, który wprowadził ją do śmiesznie małego pomieszczenia. Tu nie było nic oprócz komody i dywanu.
- Zejdź z chodnika.
 Usłuchała i przeszła na podłogę. Już po chwili przyglądała się zmaganiom właściciela z ogromną klapą. Serce waliło jej jak młot – nie rozumiała nic z zaistniałej sytuacji. Pomyślała sobie, że po wydarzeniach dnia dzisiejszego nic już jej nie zdziwi.
- Matthew, Ceres! – słaby głos starca rozbrzmiał w długim tunelu prowadzącym chyba do wnętrza ziemi – Przeszedł zleceniodawca. Wpuszczam ją.
- Spoko wodza, dziadzia!
 Drżącymi nogami stanęła na jednym z pierwszych schodów dziwnej, olbrzymiej drabiny przyczepionej do ściany. Rzuciła ostatnie spojrzenie mężczyźnie i zaczęła schodzić w głąb tunelu. Po chwili usłyszała nad sobą trzask zamykanego przejścia, a wszystko ogarnęła ciemność. Jęknęła. Przez dłuższy moment trzęsła się ze strachu, ale postanowiła kontynuować schodzenie. W co ona się wpakowała? Kto wie, co czeka ją na końcu zejścia.
 Tunel wcale nie był aż taki głęboki, a na końcu zejścia czekała młoda dziewczyna trzymająca pochodnię. Wyglądała na trochę zniecierpliwioną. Była ubrana w lekki, męski strój ze skórzanymi elementami. Do pasa miała przypięty krótki sztylet i niewielką torbę. Miała włosy w odcieniu ciemny blond, spięte na prawej stronie i sięgające obojczyka. Wlepiała w nią swoje dziwne, złote oczy.
- Długo ci zeszło. Chodź, obgadamy szczegóły w bardziej ustronnym miejscu.
- Gdzie my jesteśmy? – to były jedyne słowa, które wydostały się z jej ust.
 Dziewczyna nie odpowiadała przez pewien czas. Prowadziła ją przez dziwny labirynt przecinających się tuneli, ciasnych pomieszczeń, dużych sal, prowizorycznych ulic. Wszystko znajdowało się pod ziemią. Wszystko wydrążone w ziemi, wykute w skale, podpierane gigantycznymi drewnianymi belkami, metalowymi filarami. Wyglądało to dość stabilnie, ale podczas kluczenia pomiędzy poszczególnymi miejscami nie mogła oprzeć się wrażeniu, że wszystko zaraz zwali jej się na głowę.
 Dotarły do olbrzymiego pomieszczenia z kilkupiętrowymi podporami, mostami i rusztowaniami. Wyglądało ono niemal identycznie jak plac w najwyższej dzielnicy Aethum, lecz było dwukrotnie większe. Na centralnym placu znajdowała się studnia, trochę ławek oraz stołów, a także pojedyncze stoiska bazarowe. Całość była otoczona przez jakby ucięte frontowe ściany domostw wbudowane w ścianę. Po placu poruszali się ludzie ubrani w obcisłe stroje, dzierżący broń. Dobrze zbudowani i umięśnieni. Groźni.
- Witaj w podziemiu – szyderczy głos dziewczyny wyrwał ją z zadumy – To miejsce niewidoczne dla zwykłych obywateli tego zapyziałego miasta nad nami. To właśnie tym żyje Kirvan! Przestępczością, morderstwami, kradzieżami i rozbojami. Nieczęsto wychodzimy na powierzchnię, choć czasem nam się to zdarza. Wiesz, każdy potrzebuje od czasu do czasu ujrzeć światło słoneczne.
- Rany, Ceres, każdemu klientowi będziesz pokazywać to miejsce?
 Za dziewczyną jak spod ziemi wyrósł dość wysoki, szczupły chłopak. Miał ciemniejsze włosy, lecz tak samo jak ona piękne złote oczy. Był ubrany w zwykłą lnianą koszulę oraz futrzane spodnie. Stał z założonymi rękami i najwyraźniej żądał wyjaśnień.
- Matt! – głos złotookiej momentalnie się zmienił. Ku zdumieniu rozmówczyni, dziewczyna objęła chłopaka w pasie i zaczęła się słodko śmiać – Dawno cię nie widziałam! Znów grałeś w kości ze starym Vutherem?
- Widzieliśmy się jakieś dwie godziny temu – chłopak przybrał łagodniejszy wyraz twarzy i nawet lekko się uśmiechnął – Nie wymigasz się od mojego pytania, ty piekielna istotko! Dlaczego sprowadzasz tu gości?
 Ceres, bo najwidoczniej tak się nazywała, jęknęła i oderwała się od torsu mężczyzny. Unikała spojrzenia, lecz twarz rozmówcy niebezpiecznie zbliżała się do niej. Podrapała się po głowie.
- Wiesz, dawno nie mieliśmy żadnego klienta… Poza tym ta pani raczej dobrze wie, co ją czeka, jeśli zechce pochwalić się swoim znaleziskiem ze strażą, prawda?
- Mam nadzieję.
 Po tych słowach kobiecie zmiękły nogi. Bała się ich, bała się ich wszystkich. Tacy, jacy powinni być przestępcy – bezlitośni, zimni i gotowi zabijać w każdej chwili. Jednak w tej sytuacji potrzebowała ich pomocy i nie miała innego wyjścia. Zżerała ją zazdrość i tylko wizyta płatnego mordercy mogła ugasić pragnienie zemsty.
- Chodź z nami, kobieto – chrypliwy głos wysokiego chłopaka odbijał się w jej głowie – Co prawda nie mamy tu własnego miejsca, jednak musimy porozmawiać w nieco dyskretniejszym zakątku.
 Podążyła za rodzeństwem, które prowadziło ją ponownie przez liczne korytarze, zaułki, przejścia i włazy. Czuła, jak trzęsą jej się ręce, a serce ogarnia dziwny, nieopisany strach gorszy nawet od śmierci. Wpakowała się w coś, czego już nie dało się odkręcić.
 Jasnowłosa dziewczyna usiadła na jednym z czterech krzeseł przy starym stole. Nie miał on jednej nogi, która prędko została zastąpiona stosem płaskich kamieni i cegieł. Blisko niej usiadł chłopak i spojrzał z wyczekiwaniem na kobietę. Wzdrygnęła się i natychmiast usiadła naprzeciwko tego przedziwnego duetu.
- Jestem Ceres Blitz – podjęła złotooka – A to mój brat, Matthew Blitz.
- Jestem Matthew Blitz – chłopak wbijał swe znudzone spojrzenie w kobietę – A to moja siostra, Ceres Blitz.
 „To już wiem”, chciała mruknąć, jednak coś ją od tego powstrzymało. Nie wyglądali na wyjątkowo umięśnionych, nie nosili żadnej zbroi, jedynie przy pasie dziewczyny zauważyła mały sztylet, a jednak panicznie się bała. Byli tu sami. Wystarczyło jedno niewłaściwe słowo, a mogłaby paść martwa. Nikt nigdy nie dowiedziałby się o przyczynie jej śmierci, a jej ciało złożono by tutaj, w podziemiu. Jeżeli w takiej społeczności w ogóle chowa się zmarłych.
- Nie musisz się przedstawiać, bo nie będziemy podpisywać żadnych dokumentów – Matthew złożył ręce na stole i oparł na nich podbródek – Wbrew temu, co możesz sądzić po naszym wyglądzie, w tym podziemnym świecie cieszymy się dobrą renomą, a inni nas szanują. Pod innym warunkiem już byś zdechła, gdyby pozostali cię zobaczyli. Oni nie lubią tutaj gości z powierzchni.
 Kobieta przełknęła ślinę i przygładziła szorstki materiał swojej sukni. Teraz ogarnęły ją mieszane uczucia. Jednocześnie cieszyła się, że te rodzeństwo zapewnia jej względne bezpieczeństwo wśród skrytobójców, lecz wciąż się ich bała. Mieli coś w oczach. Mord, zniszczenie i pożogę.
- Wiemy, po co tu przychodzisz. Nie musisz tłumaczyć nam swoich pobudek, nie musisz martwić się o sumienie. My doskonale cię rozumiemy. Nasze dusze są splamione krwią ludzi, ale żaden z nich nie był niewinny. Mniejsze, większe przewinienia, każdy z nich miał coś na swoim koncie. Nie zabijamy bez powodu i bez… motywacji.
 Chłopak zrobił przerwę i spojrzał na swoją siostrę, dając jej znak, że teraz ona ma mówić.
- „Motywacja” to oczywiście pieniądze. Za darmo nic u nas nie dostaniesz – zaśmiała się dziewczyna, drapiąc się po karku – Ostatnio cienko idą nam interesy, forsy coraz mniej, więc ponownie uczepiliśmy się kradzieży. Lecz dzięki ludziom takim jak ty nasza przyszłość jest nieco jaśniejsza… No, ale skończmy pieprzyć farmazony. Kasa na stół. Nie przyszłaś tu przecież z pustą sakiewką, prawda, paniusiu?
 Ostatnie zdanie zostało wypowiedziane z takim szyderstwem i taką grozą, że serce kobiety – do tej pory galopujące jak szalone – momentalnie stanęło. Drżącymi dłońmi sięgnęła do sznurowego pasa przy biodrze i odpięła od niego pokaźnych rozmiarów mieszek. Po chwili wahania położyła go na stole, a rozmówczyni szybko przysunęła go do siebie.
- Nie chce mi się liczyć, ale na oko to będzie z dwieście taratów – zagwizdała z podziwu – No, nasza znajomość przechodzi na zupełnie inny poziom! Teraz możemy porozmawiać. Kogo mamy zabić? Przydatny byłby jednak powód, żebym mogła szepnąć mu do uszka ostatnie słowa.
 Przełknęła ślinę, odkaszlnęła, bo wszechobecny pył drażni jej gardło. Szybko podjęła:
- Mój… mój mąż od pewnego czasu zdradza mnie z obcą mi kobietą…
- Mamy zachlastać niewiernego małżonka? – zgadł Matthew
- Nie. Zabijcie jego kochankę. Śledziłam ich kilka razy i wiem, że… Mieszka w dzielnicy Vestell, w dużym, kamiennym budynku, tam też prowadzi gospodę „Pod Czerwonym Mchem”. Chyba nie ma żadnych krewnych. Nie wiem, czy to pomoże, ale…
- Bardzo pomoże – przerwała jej Ceres – Skoro nie ma rodziny, to wystarczy poczekać, aż knajpa się opróżni lub wszyscy pójdą lulu. Nie mam problemu z bezszelestnym skradaniem i włamywaniem się, więc powinno pójść gładko i bezproblemowo. Zależy ci na czasie?
- Chciałabym jak najszybciej mieć męża tylko dla siebie – spuściła głowę.
 Rodzeństwo spojrzało po sobie i równocześnie pokiwało głowami. Właśnie bez słów doszli do porozumienia – Ceres to zrobi, ponieważ ona była bardziej doświadczona we włamaniach. Poza tym, Matthew nie miał w zwyczaju zabijać kobiet. Według niego nie było to honorowe… nawet jak na płatnego mordercę.
- Dobra, prze-pani – chrząknęła złotooka – Kobieta nie ujrzy jutrzejszego wschodu słońca. Będzie leżeć martwa w swojej gospodzie jeszcze dzisiejszej nocy. Umowa stoi, jak mam rozumieć?
 Kobieta zauważyła małą, zaniedbaną dłoń wyciągniętą w jej stronę. Nie wierząc, co przed chwilą zrobiła i co robi teraz, uścisnęła rękę dziewczyny i pociągnęła nosem. Chciało jej się płakać przez swoją głupotę i okrucieństwo.
- Stoi.
*

Dłuższy? Krótszy? Sama się już nie orientuję D:
No cóż...
Żegnam :D

poniedziałek, 9 lutego 2015

Aktualności

Zonk. Skończyły mi się ferie.
Powrót do szkoły wiąże się ze zwiększoną ilością nauki i licznymi obowiązkami. To z kolei bardzo ogranicza czas, który mogę przeznaczyć na pisanie i zawęża moją uwagę do spraw przyziemnych, tym samym odbierając mi wenę.
Niestety, rozdziały będą pojawiały się rzadziej.
Musicie to jakoś przeboleć :c

Ale żeby wam nie było smutno, dam wam pierwszy oficjalny fanart od Baymir! Dziękuję za piękny obrazek łucznika-podglądacza :'D


piątek, 6 lutego 2015

Rozdział V

Cześć!
Nie wiem co napisać w "notce od autora", więc przejdziemy od razu do opowiadania, okej? :'D

Rozdział V

 Ciepły promyk światła połaskotał ją po nosie, a ona kichnęła, rozpylając w powietrzu kurz z drewnianej ramy łóżka. Przekręciła się na drugi bok i odkryła skrawek narzuty, bo było jej całkiem ciepło. Nawet pomimo faktu, że była naga.
 Po kilkunastu dodatkowych minutach snu ziewnęła przeciągle i postanowiła wygramolić się z łóżka. Postawiła nogę na podłodze – prawą, nie lewą, po chwili dołączyła do niej drugą i wstała, przeciągając się. Dłońmi prawie sięgała sufitu, choć nie była wyjątkowo wysoka. Przecież jej pokój mieścił się na poddaszu. 
 Zebrała z podłogi ubrania i wrzuciła je do miednicy, notując sobie w głowie, by je uprać. Sięgnęła do szafy po inny strój i stwierdziła, że najwygodniejsza będzie dla niej szarozielona suknia połączona z białą koszulą i ciemnym gorsetem. Chwilę mocowała się ze sznurami w tym ostatnim – nie była przyzwyczajona do tego typu ubiorów. Wsunęła stopy w pantofle i wyszła z pomieszczenia, przecierając jeszcze sennie oczy. Zapowiadał się dobry dzień.
 Na piętrze spotkała Laurę szorującą podłogę. Przywitała ją kiwnięciem głowy, a dziewczyna odpowiedziała szerokim, choć trochę bladym uśmiechem. Być może były to tylko przypuszczenia podróżniczki, lecz jej siostra chyba gorzej się ostatnio czuła.
  Skoro czternastolatka zajmowała się teraz porządkami, to znaczy że załatwiła już podstawowe obowiązki związane z utrzymaniem gospodarstwa. Zwykle wypełniała je w przeciągu około godziny po oporządzeniu się i zjedzeniu śniadania. Po luźnej kalkulacji czarnowłosa doszła do wniosku, że wstała dość późno. To dobrze, pomyślała. Przynajmniej się wyspałam.
 W jadalni siedziała jej matka i ozdabiała jedwabną bluzkę wymyślnym haftem. Dziewczyna domyśliła się, że to podziękowanie dla Laury za jej ciężką pracę i nie zdziwiłaby się, gdyby nazajutrz jej młodsza siostra paradowała dumnie po podwórku w nowym stroju, dumna jak paw. Podróżniczka uśmiechnęła się do samej siebie – nie mogła doczekać się widoku naprawdę radosnej siostry.
  Zobaczyła, że na stole stoi misa z kaszą oraz skwarkami. Bez ceregieli sięgnęła po łyżkę i zaczęła pochłaniać jedzenie, a jej matka tylko przyjemnie się uśmiechała. O tak, niebieskooka była wielkim łakomczuchem, była w stanie zjeść tyle co pracujący chłop. Pomimo swojego obżarstwa nie przybierała jednak na wadze, bo podróże bywały bardzo wyczerpujące i wymagające dużej sprawności fizycznej – nawet zwykłe utrzymanie się na smoku wymagało sprytu, wprawy i silnych ud.
 Po skończonym posiłku postanowiła zajrzeć do smoków w oborze. Wiedziała, że wszystkie gady są już nakarmione, być może nawet dziś im się poszczęściło i zostały wypuszczone na pewien czas na polanę. Houvenghalowie rzadko praktykowali ten rodzaj rozgrzewki dla smoków po kilku incydentach z przerażonymi sąsiadami i wizytami straży. Teraz na szczęście tchórzliwi znajomi przeprowadzili się do miasta, a rodzinne ziemie otaczał jedynie niezmierzony las. Smoki mogły biegać na polu do woli.
 Gdy tylko wyszła na podwórze, w twarz uderzyło jej ciepło i wręcz duchota. Słońce świeciło intensywnie nawet pomimo niskich temperatur w nocy. Po niebie majestatycznie sunęły wielkie ciemne chmury, zbite w olbrzymie, ciężkie bloki. Wydawało się, że zaraz spadną wszystkim na głowy.
 Otarła krople potu, które niemal natychmiast wyszły jej na czoło. Musiała mrużyć powieki, bo światło było bardzo intensywne. Po cichu liczyła, że szybko nadejdzie burza i przegoni te wszechobecne uczucie duszności. Obora była budynkiem tylko trochę mniejszym od ich domu. Była wykonana z jasnego drewna, wykończona ładnymi dębowymi balami. Dach stanowiła strzecha. Dziewczyna wiedziała, że na piętrze obory trzyma się siano, paszę i owies dla zwierząt, czasami także plony – nierzadko przy obfitych zbiorach braknie miejsca w magazynie.
 Powitał ją radosny, entuzjastyczny ryk jej miedziaka. Powolnym krokiem przemierzyła odległość dzielącą ją od pupila, przyglądając się w tym czasie pozostałym smokom. Saphyrra, szmaragdowa samica ucinała sobie drzemkę. Czarnowłosa zauważyła, że jej kaganiec był nieco luźniej założony niż wczoraj wieczorem. Bestia pozwalała dotykać się tylko Williamowi, a to oznaczało, że jej brat faktycznie był gdzieś w pobliżu, choć – znając życie – najpewniej włóczył się po mieście.
 Podróżniczka zawsze zastanawiała się, dlaczego Will nazwał swojego smoka Saphyrra, skoro – jakby nie patrzeć – samica z każdej strony była szmaragdowozielona. Głowiła się nad tym całymi dniami, ale doszła jedynie do tego, że jej brat może być człowiekiem nieuczonym. I to był powód.
 Czarnołuski smok powoli przeżuwał mięsisto – warzywną mieszankę przygotowaną przez jej matkę. Tylko ona wiedziała, jak odpowiednio dobrać składniki, aby powstała karma zdolna utrzymać w zdrowiu zwierzę ciągnące codziennie ciężki wóz. Karmazynowa bestia w boksie obok po prostu stała i zerkała na dziewczynę okiem przekreślonym wąską blizną. Jak zwykle.
A jej smok wariował. Machał buławą na końcu ogona i wierzgał łapami, jakby odprawiał jakiś dziki taniec radości. Miał szczęście, że był dość mały jak na smoka standardowego, a sama stodoła i boks był dość duży. Dziewczyna uśmiechnęła się radośnie, a także pogwizdała chwilę i pocmokała na pupila, co uspokoiło go nieco. Weszła do boksu, pogłaskała zwierzę po olbrzymim łbie i sięgnęła po wiadro, by nalać mu wody do koryta. Zanim wyszła w kierunku studni, sprawdziła jeszcze stan jego uzębienia, rogów i pazurów. Na szczęście wszystko było w porządku.
 Zapowiadał się naprawdę, naprawdę dobry dzień.
*
 Choć słońce już dawno wzeszło nad płaski szczyt wzgórza rzucającego cień na Kirvan, to te leniwe miasto dopiero budziło się do życia. Biedniejsze okolice oraz obrzeża miasta były na nogach już od pewnego czasu, lecz najzamożniejsi mieszkańcy pozwalali sobie na odrobinę rozpusty.
 Ktoś kopnął żebraka leżącego w poprzek ulicy. Mężczyzna usłyszał syczące zdanie mówiące mniej więcej „To nie jest miejsce dla ciebie”. Prawdopodobnie była to racja – szukał on miłujących dusz wśród bezlitosnych mieszkańców jednej z najbogatszych dzielnic. Jej obywatele chodzili obwieszeni złotem, drogimi futrami, cuchnęli piwem oraz nieuczciwym pieniądzem. Każdy z nich miał przyklejony sztuczny uśmiech na twarzy, każdy był tak samo cwany i przebiegły. I każdy liczył na łatwy zarobek.
  Druga dzielnica od końca, Aethum, zamieszkana była głównie przez wiekowych starców, weteranów wojennych oraz wdowy. Mieścił się tutaj jedyny sierociniec w mieście, do niedawna niemal przepełniony, dziś stojący prawie pusty. Dawna wojna pozbawiła rodziców wielu młodych ludzi, lecz teraz wyrośli już oni i rozpoczęli spokojne życie w wyższych częściach Kirvanu. W Aethum nie było nic do roboty – alejki wiały nudą, czasem przechadzał się po nich kot lub kura. Nawet strażnicy nie odwiedzali tego miejsca.
 Przy głównym placu okalającym centralną fontannę mieściła się niewielka, skromna chata ze stęchłych desek i spróchniałych bali. Ktoś, kto nie odwiedzał Aethum codziennie mógł powiedzieć, że jest opuszczona i nikt do niej nie wchodzi, jednak w rzeczywistości mieszkał tam siedemdziesięcioletni mężczyzna, dawny kowal. Po krzepie i sile sprzed lat nie pozostało mu nic, więc starał się żyć skromnie i z jak największą oszczędnością. Fakt, że wciąż żył był najlepszym dowodem na jego gospodarcze zarządzanie skromnym majątkiem.
 Siedział na drewnianym taborecie i ogrzewał skostniałe ręce w płomieniu kominka. Wyczekiwał widocznie jakiegoś ważnego wydarzenia, ponieważ nie był rozluźniony, a noga wręcz mu chodziła. Było mu chłodno w lnianej koszuli i kalesonach pogryzionych przez mole. Pogoda w Kirvanie dziś nie dopisywała – od świtu bruk moczyły strugi zimnego deszczu.
 Usłyszał pukanie dochodzące z sąsiedniej izby, jedynego oddzielnego pokoju w całej chacie. Z trudem podniósł się z siedzenia, stękając kilkakrotnie i zdjął ze stolika talerz, na którym leżały dwa kawałki zimnej wołowiny oraz pół bochenka chleba. Wszedł do pokoju. Był on tak niewielki,  że mieścił się w nim jedynie mały kwadratowy dywan oraz stara komoda, praktycznie pusta w środku.
 Starzec zagiął dywan, ujawniając metalową klapę w podłodze. Sapnął, odstawił na moment talerz i z trudem podniósł kawał stali do góry. W dziurze ukazała się szczupła, kobieca postać stojąca na szczycie drabiny. Uśmiechnęła się szeroko, szczerząc swoje ostre zęby.
- Czołem, dziadzia! Jak tam dzionek? – zagaiła wesoło, przyglądając się pomarszczonej twarzy mężczyzny – Czy mi się wydaje, czy się dziadzi pobladło ostatnio?
 „Dziadzia” nic nie powiedział, podał jedynie talerz i był gotów do zamknięcia klapy, lecz dziewczyna go powstrzymała. Na całe szczęście była dość silna, by samej utrzymać zamknięcie.
- Ja coś mogę dziadzi załatwić. Oni tam mają wszystko! Leki, mikstury, mniej pospolite trunki… Wie dziadzia, wypadałoby się odwdzięczyć za te wszystkie lata, hehe!
- Ceres, dziecinko – zwrócił się do rozmówczyni, przykładając dłoń do czoła – Ostatnimi dniami coraz częściej zaczepiają mnie strażnicy. Pytają, czy nie wiem nic o sprawcach tych wszystkich kradzieży i morderstw. Na litość boską, co wy z bratem wyprawiacie w tej mieścinie?
 Dziewczyna przechyliła głowę, nieco zaskoczona pytaniem. Przyjęła od starca talerz i westchnęła głęboko, sama zastanawiając się głęboko. No właśnie, co wyprawiają? Nic szczególnego. To, co wszyscy w tych stronach. Rabują, mordują i oszukują. Z tą różnicą, że robią to nieco mniej dyskretnie od najwyższych sfer politycznych.
- My, dziadziu, staramy się przeżyć – wydęła usta i dodała nieco obrażonym tonem – Wykonujemy swoją pracę, a zarobkami dzielimy się z tobą. Czy to ci nie wystarcza?
- Wystarcza, dziecinko – spuścił wzrok – Wystarcza. Czy Matthew mógłby narąbać mi trochę drewna? Lata już nie te, mięśnie odmawiają współpracy. Poproś go o to.
- Się zrobi.
 Po chwili postać zniknęła w dziwnej pustce, w głębi niekończącego się tunelu prowadzącego do najpaskudniejszego świata, który stworzyli ludzie. Świata przestępstw, morderstw na zlecenie oraz beznadziejnej tułaczki w nadziei, że straże wciąż nie widziały twojej twarzy.
 Jedynym, co był w stanie zrobić mężczyzna, było zamknięcie klapy i zasunięcie dywanu. Oraz uparte udawanie, że o niczym nie słyszał, niczego nie widział i nikomu nie pomagał.
 Pod tym względem nie różnił się od prawie każdego mieszkańca Kirvanu.

*

Rozdział jest krótszy, ponieważ narzekaliście, że są zbyt długie :P
Do następnego razu.

środa, 4 lutego 2015

Rozdział IV

Nadszedł czas na rozdział IV :)
Leniwa jestem ostatnio, nic mi się nie chce robić, nawet pisać. Mróz strasznie rozleniwia, aż chciałoby się tylko siedzieć pod cieplutkim kocem i pić herbatę albo kakao D:
Też tak macie?

Rozdział IV

 Powoli napiął łuk, celując w łanię skubiącą nieopodal trawę. Zwierzę stało korzystnie, dobrze wystrzelona strzała przebiłaby serce i sarna padłaby szybko, nie uchodząc za daleko. Zmrużył oczy, nabrał powietrza i puścił cięciwę. Strzała gładko pomknęła w powietrzu, delikatne bażancie lotki prawie nie furkotały. Grot wbił się w łanię, przeszedł na wylot. Zwierzę spłoszyło się, kwiknęło i popędziło przed siebie, prężąc się w agonalnym bólu. Przestał słyszeć kroki sarny, wiedział, że zwolniła i prawie padła. Nie śpieszyło mu się, mógł przejść się wzdłuż pobliskiego jeziora. Miał czas.
 Ziemia była sucha, a zeschnięte liście i gałęzie powodowały nieprzyjemny szelest przy każdym kroku. W tak gorącą pogodę należało być szczególnie ostrożnym, jeśli chodziło o łowy, bo łatwo było spłoszyć zwierzynę. Na szczęście on był doświadczonym strzelcem, rzadko pudłował, a jego strzały zawsze były zabójcze. Na szczęście tylko dla zwierząt – ludzi nie zabijał.
 Odbijające się w jeziorze refleksy słońca oślepiały, lecz przyjemna bryza delikatnie muskała ciało. Zamknął oczy, usiadł na ziemi i oddał się relaksowi na kilka minut. Zapewne zdrzemnąłby się, gdyby nie usłyszał dzikiego chlapania wody i radosnego, damskiego śmiechu. Zdziwił się, ten teren był zwykle opuszczony i przeznaczony jedynie dla kłusowników. Nie bywały tu kobiety, a nawet jeśli już, to nie miały one w zwyczaju zabawiać się w wodzie. Po chwili namysłu wzruszył jednak ramionami i postanowił sprawdzić, co sprowadza niewiastę w tak niebezpieczne strony.
 Kucnął przy sporej skale i ciekawsko zza niej wyjrzał. Po chwili stłumił parsknięcie i przysiągłby, że zaczerwienił się jak burak, co pięknie kontrastowałoby z jego złotymi włosami. W jeziorze kąpała się zupełnie naga kobieta o pięknych, czarnych włosach błyszczących jak jedwab i granatowych oczach. Zanurzona była do pasa, rozczesywała palcami włosy i śpiewała jakąś tęskną melodię. Syrena, pomyślał, spotkałem syrenę! Pragnął podejść do niej i obejrzeć ją z bliska, ale brakło mu odwagi. Był nieśmiały w stosunku do kobiet i istot kobieto podobnych. Po chwili syrena wstała i okazało się, że posiada długie, ludzkie nogi pokryte wieloma siniakami. To nie była więc syrena, nawet nie wodniczka ani nimfa wodna. Zwykła ludzka samica, za to olśniewająco piękna.
 Dziewczyna wyszła z wody, zgrabnie wskoczyła na stromy brzeg jeziora i wytarła się swoją koszulą. Następnie założyła ją, a końcówkę zawiązała w supeł, odsłaniając tym sposobem brzuch. Ubierała się dalej w spodnie, futro, pasy, trzewiki i liczne ozdoby, a on podziwiał jej ciało. Serce biło mu szybko, a policzki pulsowały od gorąca i wypieków.
 Po chwili zauważył coś, czego wcześniej nie widział. Dużego, miedzianozłotego smoka o bursztynowym spojrzeniu, które uparcie wlepiał w podglądacza.
 Cofnął się i zatkał usta dłonią. Widywał już kiedyś te gady, teraz po prostu się wystraszył. Nie wyglądało na to, żeby ten smok był dziki, bowiem dziewczyna założyła na niego dziwne, kamizelkowe siodło o płaskich łękach. Z trudem przełożyła gruby popręg pod brzuchem zwierzęcia i przytroczyła do siedziska dużo tobołków, zawierając najwyraźniej jakieś koce, ubrania i jedzenie. Dopiero po kilku minutach zorientował się, że trafił na hodowczynię smoków, możliwe, że treserkę. Zaklął w myśli. Takie kobiety, pomimo że piękne, zwykle są kąśliwe i nieuprzejme. Modlił się w duchu, aby ta była wyjątkiem, bo bardzo pragnął ją poznać.
 Gdy zobaczył, że czarnowłosa szykuje się do odjazdu, zupełnie zapomniał o upolowanej łani i swojej bezcelowej podróży. Szybko odnalazł swojego siwka, wskoczył na siodło i dźgnął wierzchowca łydką, na co koń zareagował obrażonym prychnięciem, jednak ruszył przez las żwawym kłusem. Jeździec pamiętał o zachowaniu odpowiedniej odległości. Gdy dziewczyna wyjechała na szeroką polanę między różnymi stronami puszczy, on nadal poruszał się w lesie. Jechał z nią prawie równolegle, ale nie musiał wstrzymywać konia – spokojny marsz smoka był tak szybki jak kłus jego najlepszego wierzchowca. Był pełen podziwu dla majestatycznej bestii i jej właścicielki.
 Dotychczas jego tułaczka nie miała większego celu. Co jakiś czas polował na jakieś zwierzę dla pobliskiej tawerny, dostawał za to nieco pieniędzy. Za nie natomiast kupował strzały, co jakiś czas lepszy łuk, ubrania i skromną strawę. Prowadził życie spokojnego, wędrownego łowcy. Jednak teraz, gdy zobaczył tę piękną dziewczynę, obrał sobie za cel zapoznanie się z nią i dołączenie do niej w jej podróży. Coś w środku mówiło mu, że był to dobry wybór.
 Bardzo pragnął być już z nią na zawsze.
*
 Czarnowłosa dziewczyna ziewnęła, drgnęła lekko i otarła z oczu maleńkie kropelki łez. Była zmęczona, bo opowieść zajęła jej chyba z dwie godziny. Obydwie słuchaczki jednak patrzyły na nią ze skupieniem i oczekiwały jakiegoś magicznego, bajkowego zakończenia historii.
- Co się gapisz jak sroka w gnat? – ze śmiechem chwyciła swoją siostrę za nos – Koniec bajki. Napita i najedzona jagodami, trafiłam do Bretevoult. A w rodzimym kraju łatwo o jakiś napitek czy strawę. Mam szczęście, że mieszkamy blisko granicy, to całkiem szybko do domu dotarłam. I oto jestem.
 Ziewnęła jeszcze raz, długo i przeciągle. Całodzienna podróż dawała się we znaki zmęczeniem zarówno fizycznym, jak i duchowym. Ponadto bolały ją pośladki i plecy, bo smocze siodła są najokropniejszymi siedziskami na całym świecie. Teraz miała ochotę tylko zjeść jakieś dobrze przyprawione mięso, popić je dużym kuflem piwa i paść na łóżko, okrywając się spokojnym, niezmąconym snem.
 Jej matka wstała i podniosła z ziemi gar z kartoflami, a następnie ustawiła je w rogu izby. Spore pomieszczenie było zarówno kuchnią, jak i jadalnią. Na środku stał długi stół z ciemnego drewna, otoczony ornamentowanymi krzesłami. Kilka okien zakrywały brunatne zasłony, nie przepuszczające prawie żadnego światła. W pokoju nie było jednak ciemno za sprawą licznych świeczników oraz tlącego się kominka. Wszystko to tworzyło przyjemny, ciepły klimat.
- Jutro odwiedza nas Dominique wraz z mężem – zagaiła starsza kobieta – Pojedziesz po nich? Jestem pewna, że William zgodzi się ci towarzyszyć. My z Laurą mamy dużo roboty w czasie żniw, to przecież oczywiste.
- Jasne, matko.
Wstała, przetarła oczy i skierowała się ku szafce ze złotymi zasuwami. Otworzyła drzwiczki, lustrując zawartość. Sporo warzyw, kilka bochenków chleba, sporo mięsa – surowego, upieczonego, wędzonego. Na bogato, pomyślała. Wyjęła dwa kurze uda i sięgnęła po sól. Już po chwili przyrządzała sobie najsmaczniejszą, domową kolację.
 Nawet nie zauważyła, gdy jej siostra i rodzicielka gdzieś zniknęły. Nie przejmowała się tym jednak, obydwie miały mnóstwo rzeczy do zrobienia – w tym wieczorny obrządek smoków, bydła i koni. Posiadłość Houvenghalów była w końcu małym gospodarstwem. Tu zawsze coś się działo. Dziewczyna wyjrzała przez jedyne niezasłonięte okno. Tylko szczyt tarczy słonecznej nieśmiało chował się za horyzontem, a większość nieba była już pokryta matową czernią. Tej nocy był nów, więc na podwórku było ciemno. Dzięki dobremu wzrokowi podróżniczka była jednak w stanie ujrzeć Laurę nieudolnie próbującą zachęcić krwistoczerwonego smoka do wyjścia na podwórko w ramach posiłku na dobranoc. Czternastolatka siłowała się ze smyczą wykonaną z wytrzymałej skóry. Gad zapierał się silnymi łapskami o ziemię, a im mocniej był ciągnięty, tym głębiej się w nią wbijał.
 Niebieskooka westchnęła przewracając mięso na drugą stronę na patelni. Wiedziała, że jeśli jej siostra się postara, to z łatwością da radę słabnącemu zwierzęciu. Niechęć bestii do opuszczania stodoły prawdopodobnie wzięła się z faktu, że kiedyś kłusownicy próbowali go upolować. Co ciekawe, smok nie wykazywał niechęci do ludzi, więc myśliwi musieli strzelać z cichych łuków, będąc dobrze ukrytym w gęstych krzakach.
 Po chwili namysłu przygrzała sobie w garncu piwo. Siedziała przy stole zgarbiona, opierając policzek o lewą rękę i leniwie kąsając strawę. Była słona i o intensywnym smaku – właśnie tak, jak lubiła. Popijała trunkiem i prawie przysypiała, lecz dzielnie walczyła z opadającymi powiekami. Cieszyła się, że wreszcie wróciła do swojej ojczyzny i może odpocząć we własnym domu.
 Wstała, wrzuciła naczynia do misy, nie zastanawiając się długo. Zdecydowanie nie miała czasu i sił na zmywanie, a Laura za taką drobną robotę zostanie nagrodzona pochwałą od matki. Dwa szczęścia w jednym, zaśmiała się dziewczyna, wspinając się po krzywych schodach na strych. Jej pokój znajdował się najwyżej, a dzięki temu mogła obserwować okolicę. Była to jedna z licznych rzeczy, które uwielbiała robić.
 Zatrzasnęła za sobą drzwi, a następnie wyciągnęła ręce w górę, rozgrzewając zdrętwiałe mięśnie. Wdychała przyjemny zapach kojarzący jej się ze spokojem, bezpieczeństwem – zapach lawendy i stęchłego drewna. Pokój był średnich rozmiarów. Wzdłuż krótkiej ściany stała duża szafa ze wszystkimi strojami podróżniczki, komoda z jej zdobyczami i książkami, a także duże zwierciadło. Przy długiej ścianie było postawione duże, wygodne łóżko z bogato zdobioną narzutą oraz wytrzymała balia do kąpieli. Podłogę przykrywał ładny dywan.
 W kilka sekund zrzuciła z siebie ubrania, zostawiając je tak jak leżały, na podłodze. Ziewnęła, rozsznurowała wysokie buty i już po chwili leżała pod przykryciem, tuląc się do poduszki. Wzdrygnęła się. Noce robiły się coraz zimniejsze. Niedługo trzeba będzie wyciągnąć pierzynę, pomyślała.
 Zasnęła szybko. Szybciej, niż podejrzewała.
*
 Noc była zimna i wilgotna. Nie było się czemu dziwić, Bretevoult zaskakiwało swoim zróżnicowanym klimatem. Niebo było ciemne i bezgwiezdne, a jedyne światło dawały płonące drewna w ognisku. Wyciągał łapczywie ręce, chcąc zagarnąć dla siebie jak najwięcej ciepła.
 Siedział pod narzutą, na niewygodnej derce. Marzły mu kończyny, marzła mu twarz. Na szczęście w brzuchu nie burczało, bo miał ze sobą sporo wędzonych ryb kupionych wcześniej na targu. Był roztropnym człowiekiem i umiał zaopatrzyć się w prowiant przed podróżą. Jak na złość, był jednocześnie impulsywny i porywczy. Właśnie przez te cechy siedział teraz przy ognisku na skraju lasu, nieopodal dużej rezydencji rodziny Houvenghal.
 Czekał na dzień. Nie wiedział, czy piękna dziewczyna wyjdzie rankiem z domu, lecz żywił głęboką nadzieję. Jeszcze nie chciał jej spotkać – pragnął jedynie obserwować ją i podążać jej tropem, a potem pojawić się w odpowiednim momencie i być może zostać jej bohaterem, na przykład ratując podróżniczkę przed atakiem groźnych bandytów.
Dla podziwu ze strony kobiety był gotów znieść najgorsze mrozy i niewygody. Miał ze sobą łuk, więc jedzenie mógł załatwić sobie sam. Miał wytrzymałego konia, a w razie potrzeby mógł podwędzić trochę słomy czy paszy z pobliskiej stajni. Nikt nie zauważy.
 Ziewnął i ponownie zatrząsł się z zimna. Nagle poczuł przyjemne ciepło obok kolana i opuścił wzrok. Szary zając spokojnie układał się do snu przy jego nodze. Tak mocno zaskoczyło to mężczyznę, że dostał czkawki. Szybko uspokoił ją odpowiednią sekwencją wdechów i wydechów. Uśmiechnął się do samego siebie i delikatnie odchylił się w tył, podpierając się rękami. Taka pozycja była wygodna.
 Zwierzęta zawsze go lubiły. Nieważne, czy był to pies, muł czy jeleń, zawsze wydawały się przy nim spokojniejsze niż przy innych ludziach. Twierdził, że to pewnie przez jego pochodzenie i korzenie ściśle związane z fauną lasów i równin. Dopóki nie dzierżył w dłoni łuku lub sztyletu, praktycznie żadne stworzenie nie okazywało w stosunku do niego wrogości.
 Po krótkiej chwili poczuł się bardzo, bardzo senny. Delikatnie zmienił pozycję na odpowiednią do wypoczynku, czym wystraszył zająca. Zwierzę uciekło płochliwie, lecz szybko wróciło i ponownie usadowiło się blisko ciepłego torsu mężczyzny. Noc była zimna, choć już nie tak bardzo.

*

Ach, niesamowicie krótki rozdział. Niestety nie miałam siły na nic innego, więc musicie cieszyć się choć taką ilością tekstu ^o^"
W ogóle, dajcie czasem jakieś oznaki życia, bo zaczynam się o was bać :c
Do napisania!

poniedziałek, 2 lutego 2015

Rozdział III

Cześć i czołem.
Pora na kolejny, trzeci już rozdział opowiadania! Jesteście gotowi? :)
Zaczynajmy.

*
 W oborze przywitało ją kilka radosnych ryknięć. Znajdowały się tu sześć olbrzymich boksów, a naprzeciwko nich – dwanaście mniejszych, dla bydła. W tych większych urzędowały smoki. Pierwszy z nich, standardowy szmaragdowy o pięknych, czarnych oczach był największym skarbem jej brata. Był tak zwanym smokiem wyższym – potrafił używać magii. Ten osobnik akurat potrafił ziać ogniem, dlatego posiadał metalowy kaganiec zapobiegający pożarom. Kosztował fortunę, tyle też był wart.
 Następny miał łuski czarne jak bezgwiezdna noc, lśniące jak szlachetne kamienie. Był spory, dobrze umięśniony i nie miał skrzydeł – był typowym smokiem roboczym służącym do przewożenia dużej ilości towarów, bowiem jeden taki potrafił udźwignąć tyle, ile cztery zimnokrwiste konie. Nie był najtańszy, ale nie miało to znaczenia dla jej rodziny – wykluł się w tej oborze i był wychowywany przez Houvenghalów praktycznie od zawsze.
 Trzeci był nie pierwszej młodości, około dwustuletni smok znaleziony kiedyś przez ojca na skraju lasu, z olbrzymią raną na boku. Teraz po urazie została spora szrama i niechęć do opuszczania ludzkich siedlisk. Jego łuski były pokryte miękkim nalotem, a ich szkarłatna barwa zaczęła nieco ciemnieć. Niektóre z nich odpadły, inne niedługo miały zamiar. Nie zmieniało to faktu, że ten niewielki smok standardowy był wspaniałym, łagodnym towarzyszem dla mieszkańców domu.
 Jak można się było domyślać, bydło było hodowane w celach spożywczych – dla domowników, smoków i przyjezdnych. W tej części kraju nikt się temu nie dziwił.
 Poprowadziła smoka szerokim korytarzem, ciągnąc za smycz przyczepioną do obroży. Otworzyła jedną z wysokich bram boksów, a smok sam ochoczo wszedł do pomieszczenia. Miał ochotę poprzebywać ze swoimi pobratymcami, bo ostatnio niezbyt miał okazję.
 Opuściła gady z czystym sumieniem i wyszła z obory, wypuszczając powietrze. Tam, gdzie przebywały zwierzęta, zawsze cuchnęło. Szczególnie łajnem.
 Skierowała się ku średnich rozmiarów chacie z drewnianymi belami zamiast ścian i strzechą na dachu. Wyglądała dość skromnie i biednie, ale mieszkańcy Bretevoult właśnie taki styl najbardziej sobie cenili – prosty, bez zbędnych ozdób. Całe życie skupieni na pracy nie mieli czasu zajmować się sztuką i kulturą, co nie znaczyło, że byli niecywilizowani. Może większość nie umiała czytać, ale język ich nie był ubogi i mogli poszczycić się kilkoma ważnymi tradycjami.
 Zaskrzypiały drzwi, dziewczyna przekroczyła próg. Na niskim taborecie siedziała nieco tęga kobieta niskiego wzrostu, z chustą zawiązaną na mysich włosach. Ze skupieniem obierała ziemniaki i wydawało się, że przez pierwsze kilka sekund nie zauważała przybyszki, choć w rzeczywistości widziała ją doskonale.
- Witaj, matko – uśmiechnęła się dziewczyna w progu – Wróciłam.
 Dopiero teraz siedząca kobieta przeniosła na nią wesołe spojrzenie. Odrzuciła kozik, podniosła się ze stęknięciem, klnąc na słabujące nogi. Otrzepała fartuch i przypadła do dziewczyny, obejmując ją szerokim gestem i śmiejąc się w głos.
- No jak było? – miała czysty, klarowny głos – Gdzieś podróżowała? Nie zajeździłaś smoka?
- Ach, skądże! Bestia ma się świetnie, aż go niosło w drodze powrotnej. Swoją drogą, jest Will? Widziałam Saphyrrę w oborze.
- Jest, jest, wczoraj przybył – kobieta ponownie zasiadła do obierania warzyw – Mówił, że mu się śpieszy, więc nie zabawi tu długo, ale raczej go spotkasz. Zatęskniło się za braciszkiem, co?
 Kiwnęła lekko głową, uśmiechając się ciepło. Dostawiła stołek i przysiadła obok matki, pragnąc opowiedzieć jej o wszystkich przygodach, które ją spotkały.
*
 Akurat kończyła opowieść o niesamowicie uprzejmym przyjęciu w Kyrieth, gdy do izby weszła młoda dziewczyna o piwnych oczach. Uśmiechnęła się do kobiety siedzącej na stołku, odgarnęła z ramienia gruby warkocz koloru słomy i przeniosła wzrok na czarnowłosą przybyszkę. Twarz rozpromieniła jej się, a policzki okryły rumieńcem podniecenia. Przypadła do siedzącej podróżniczki i przycisnęła ją mocno do swoich obfitych piersi.
- Ach, Vanessa! Jak dawno się nie widziałyśmy – głos miała śpiewny jak najzdolniejsza artystka, a jednocześnie nieśmiały i delikatny jak dzwoneczek – Ile to było? Z dwa miesiące?
 Czarnowłosa roześmiała się promiennie, wstała i chwyciła się pod boki, po czym chwyciła blondynkę za ramiona, cały czas się uśmiechając. Robiła to tak intensywnie, że zaczęły boleć ją policzki, jednak jej radość była całkowicie uzasadniona. Wreszcie spotykała dawno niewidzianą rodzinę.
- Spokojnie, Lauro, tylko trzy tygodnie – odparła – Choć, opowiem ci też o tym, co spotkałam.
- Ach, nie mogę. Muszę wracać na pole, wpadłam tu jedynie na sekundę. Żniwa same się nie zrobią…
 Teraz matka wstała ze stołka i spojrzała zawadiacko na swoje dwie córki. Jedna o oczach miedzianych, ciepłych, o szorstkich włosach splecionych w warkocz do pasa, dziewczyna o kościstych rysach, delikatnej budowie ciała i wiejskich, strudzonych pracą dłoniach, ubrana w skromny męski strój roboczy i z chustką na głowie. Druga kruczoczarna, z oczami skrzącymi się granatem, o nieco zbyt długim nosie i krótszych jedwabistych włosach, wystrojona jak pani – w futra, pióra, kości i drogą, zdobioną skórę. Tak różne, a jednak wciąż tak podobne z charakteru.
- Odpuść sobie dzisiaj, kochana, przecież jest święto – huknęła kobieta – Siostra przyjechała z dalekiego Kyrieth, wypada ugościć, nieprawdaż?
- Jeśli chodzi o gościnę – wtrąciła niebieskooka – To prosiłabym o coś dla mojego wierzchowca. Od tygodnia jedzie na jakichś żylastych sarenkach z lasu, bo zabrakło mi pieniędzy na dobrej jakości mięso. Można?
- Oczywiście! Zaraz ubijemy jakiegoś cielaka i twój lśniącołuski wreszcie się naje.
 Wbrew pozorom jej matka i siostry wiedziały naprawdę dużo o smokach, choć można by przysiąc, że to męski fach. Gady te jednak były hodowane w ich rodzinie od pokoleń, więc sposób ich żywienia, treningu, tresury, ujeżdżenia i rozmnażania był znany każdemu jej członkowi. Wiedza była przekazywana z pokolenia na pokolenie, z ojca na syna, z matki na córkę. Z reguły działo się to głównie na męskiej linii, lecz w wyniku znacznego zmniejszenia się ilości mężczyzn w Bretevoult zarówno władzę, jak i szanowane pozycje w rodach stanowiły kobiety. Było to jedno z niewielu państw, gdzie samice nie były traktowane przedmiotowo, a wręcz przeciwnie – z szacunkiem.
- Spotkałam dzikiego smoka, gdy wracałam – zagadnęła nagle podróżniczka, obracając w palcach kieł z amuletu – Było to gdzieś na ziemi niczyjej, tak w połowie. Akurat dreptałam sobie jakąś polanką nieopodal lasu, gdy…
*
 Słońce prażyło niemiłosiernie, piekąc skórę i wywołując nieprzyjemne, drapiące pragnienie. Smok szedł pod nią powoli, zmęczony długim lotem i wszechobecnym gorącem. Pomimo, że był wytrzymałym stworzeniem, to taka pogoda dawała mu się we znaki. Zwieszał głowę, czasem się potykał, prychał i burczał co jakiś czas. Dziewczyna doskonale go rozumiała, specjalnie starała się kierować do jakiegoś jeziora lub rzeki, aby napoić i siebie, i wierzchowca. Jak na złość, skończyła jej się woda w bukłaku, a do pobliskiego zbiornika było bardzo daleko. Przez otępiony umysł gubiła się i kluczyła, bardzo nadkładając drogi. Złościło ją to, lecz nie miała nawet siły być wściekła.
 Po pewnym czasie smok zebrał się w sobie i przyśpieszył kroku, dowodząc w ten sposób swojej wytrzymałości i woli walki. Dziewczyna postanowiła także być silna. Wytężyła więc umysł, poukładała myśli i rozejrzała się. Zewsząd otaczały ją drzewa, a ona sama wędrowała przez wielką polanę, osadzoną jakby w środku tej olbrzymiej puszczy. W takim lesie ciężko było znaleźć nawet mały strumyk lub bajorko, nie mówiąc już nic o większym zbiorniku wody pitnej. Westchnęła przeciągle – musiała zadecydować. Mogła wybrać tylko jeden kierunek, w którym miałaby szukać wody. Gad nie miał już sił na dłuższy marsz, więc o zawracaniu nie było mowy. Jeśli nie znajdzie wody w wybranym kierunku, będzie to oznaczało przegraną sprawę.
 Wybrała prawą stronę. Tak po prostu, bez głębszego zastanawiania się, bo właściwie jej wybór nie miał żadnego znaczenia. Niezależnie od obranego kierunku, jeśli okaże się, że w lesie nie będzie wody, to zginie. Pociągnęła silnie za wodze i starała się skupiać na pięknych, zielonozłotych widokach. I za wszelką cenę nie myśleć o rychłej śmierci.
 Nie wiedziała, czy szła już dziesięć minut, dwadzieścia, czy nawet całą godzinę. Głowa opadała jej na pierś, gorąco wywoływało nieustanną migrenę. Mrużyła oczy, chcąc ochronić je przed światłem. Modliła się o wodę do wszystkich bogów, w których wierzyła, których znała i o których słyszała. Och, gdyby tylko zdecydowała się zostać w Kyrieth jeszcze jeden dzień! Mogłaby przenocować nawet w jakiejś stodole, nawet w szczerym polu, byleby tylko uniknąć tego upału. Mogła wziąć ze sobą więcej wody… Och, ile ona mogła!
 Nie miała nawet siły płakać. Trzęsła się w suchych, czkających spazmach.
Pierwszym, co poczuła, była bryza na nosie. Gwałtownie poderwała głowę, prawie tracąc równowagę. Chciała zakrzyknąć z radości, bowiem widziała przed sobą olbrzymie, szafirowe jezioro, w którym odbijały się promienie słońca. Jednak nie ruszała się, zatrzymała smoka i nawet nie wypuszczała zgromadzonego w płucach powietrza. Serce biło jej jak szalone.
 Nad brzegiem jeziora stał dziki smok, dostojnie mocząc pysk i pijąc wodę. Jego brudnozielone łuski zlewały się z trawą i trzciną, a czarne oko spokojnie lustrowało własne odbicie. Nie zwracał uwagi na dziwnych przybyszy, możliwe, że wcale ich nie zauważył. Jedno było pewne – każdy krok w tej chwili mógł doprowadzić podróżniczkę do śmierci w paszczy tej bestii.
 Smok ponownie pochylił się ku wodzie, więc dziewczyna postanowiła wykorzystać szansę. Czmychnęła w krzaki, ciągnąc za sobą swojego własnego wierzchowca. Gad narobił trochę rabanu, ale na szczęście szum liści zakłócał ten hałas. Niebieskooka miała szczęście – położyła się tuż obok sporego krzaku malin. Dziękując wszystkim bóstwom, w jakie wierzyła, jakie znała i o jakich słyszała zajadała się słodkimi owocami, wypełniając usta sokiem smakującym teraz jak najwykwintniejsze wino z irvińskich piwnic. Na chwilę zapomniała o całym świecie.
 Otrząsnęła się i wyjrzała ponad krzakami. Dzikus dostojnym krokiem oddalał się od jeziora. Na jej szczęście, w przeciwną stronę. Czekała jeszcze kilka minut w bezruchu, cały czas wstrzymując dłonią swojego smoka. W końcu podniosła się, gdy gad całkowicie zniknął jej z oczu. Ostatnimi czasy rzadko widywało się dzikie smoki, lecz na ziemi niczyjej nadal był to pospolity widok. Każde stworzenie miało swój własny charakter i zachowania, jednak na te skrzydlate jaszczurki należało uważać najbardziej – każde spotkanie z nieoswojonym Chowańcem kończyło się co najmniej oderwaną kończyną lub poważną raną szarpaną.
 Biegła w stronę jeziora, ciągnąc za sobą swojego miedziaka. Podskoczyła, wydając dziki kwik radości. Przypadła do powierzchni i zamoczyła w niej usta, nawet nie siląc się na nabieranie wody w dłonie. Piła długo, chcąc uzupełnić zapasy wody, a jej smok czynił to samo. Kilka razy zachłystnęła się, lecz nie przestawała pić. Pragnienie przestało doskwierać, płyn przyjemnie ochładzał spieczone usta. W końcu opanowała się i oderwała od jeziora. Wstała, otrzepała odzienie i – niewiele myśląc – zrzuciła z ramion gepardzie futro. Podeszła do smoka i odtroczyła od niego tobołki ze swoimi rzeczami, po czym zrzuciła z siebie resztę ubrań. Rozpędziła się i wskoczyła do wody, przykurczając mocno kończyny do ciała. Woda ochlapała zaskoczonego gada, a ten odsunął się od jeziora, zniesmaczony nieco. Dziewczyna zanurkowała, dotknęła mułowatego dna i wynurzyła się, siadając na jednej z licznych skał wystających poza wodę.
Zanurzyła nogi w wodzie, wyciskając swoje zmoczone włosy.

*

Poszłam za radą jednej z moich czytelniczek i od teraz rozdziały będą nieco krótsze, tak, aby każdy był zadowolony - w końcu mało kto ma siłę czytać kilka stron tekstu, prawda? ;)
Proszę o opinie i komentarze.