Dobra, dobra, macie następny rozdział, tylko nie bijcie ;-;
Rozdział VIII
Sen, choć krótki i niepełny, był
bardzo przyjemny. Była ptakiem, orłem o jasnych skrzydłach, który przemierzał bezkresne
równiny, leciał wysoko nad głowami ludzi i ponad koronami drzew. Nie musiała
martwić się niczym. Była wolna, zupełnie wolna i nic jej nigdzie nie trzymało.
Te przyjemne senne marzenie przerwał brzdęk
tłuczonego szkła połączony z odgłosem ciała bezwładnie upadającego na podłogę.
Kilka sekund zajęło jej rozpoznanie miejsca, w którym się znajduje i
przypomnienie sobie ostatnich zajęć. Zlecenie, kobieta, Wdowa. Więc narkotyk
już zadziałał, pomimo dodanej do niego pierzynki,
mającej na celu spowolnienie śmierci.
Zbiegła po schodach, które odezwały się
przeciągłym skrzypieniem. Na parterze zastała scenę jak z horroru – tuż przy
palenisku leżała właścicielka gospody w rozległej kałuży krwi. Otaczał ją tłum
przerażonych gości, a jeden z mężczyzn próbował cucić z pewnością martwą już
kobietę. Na początku serce Ceres mocniej zabiło na ten widok, ale wystarczyło
podejść kilka kroków, aby się przekonać o własnej naiwności. Krew wcale nie
była szkarłatną posoką, lecz bordowym winem pomieszanym z kawałkami rozbitego
szkła. Blisko dłoni nieprzytomnej kobiety leżała wywrócona taca, a obok niej
drewniana miska z rozsypaną wszędzie kaszą ze skwarkami.
- Pani! – zawołał śmiałek, który
wcześniej opowiadał o swojej przygodzie ze smokiem. Teraz potrząsał kobietą jak
szmacianą lalką – Co pani?! Odezwie się pani!
Niestety, właścicielka nie mogła już
wypowiedzieć nawet jednego słowa. Pod nosem powoli krzepła jej strużka krwi,
świadcząca o poprawnym działaniu Wdowy. Oczy kobiety były na wpół przymknięte,
a spękane, rozwarte usta drgały w rytm potrząsania. Pewnym było, że ona już nie
żyła.
Zanim podeszła do ciała kobiety, Ceres rzuciła
okiem na ladę. Zabójcza kolacja była zjedzona co do najmniejszego okruszka.
Taboret stojący nieopodal był odsunięty, czyli po skończeniu posiłku
właścicielka wciąż trzymała się na nogach. Co ciekawe, najpewniej zdążyła
jeszcze przyjąć zamówienie i nalać trunku do kielichów, lecz wino nie dotarło
już do zamawiającej je osoby. Nawet pomimo opóźnienia Wdowa działała szybko,
blokując procesy życiowe i wydzielając taką ilość adrenaliny, że ciało nie było
w stanie tego znieść.
Jej kremowa sukienka zaszemrała materiałem po
podłodze, gdy podeszła do stygnącego ciała. Tłum ustąpił nieco, część gości
poszła do domu, wyprowadzając z gospody szlochające kobiety. Teraz pozostało tu
jedynie kilka najwytrwalszych osób, w tym Ceres. Modliła się tylko, aby w tym
towarzystwie nie znalazł się medyk znający się na narkotykach i truciznach.
Nawet nie zauważyła, kiedy została prawie
sama. Stał przy niej jedynie bogato ubrany młodzieniec, szepcząc coś o
strażach. Postanowiła ulotnić się z miejsca zbrodni zanim ktokolwiek wpadnie na
pomysł powiązania jej z przestępstwem. Przestąpiła nad ciałem kobiety, a
sukienka łapczywie wypiła wino-krew, gdy tylko materiał dotknął kałuży. Nie
przejmowała się tym, bo i tak nie miała ochoty potem jej zakładać.
Wyszła z gospody, nawet nie oglądając się za
siebie.
*
Na zewnątrz było już ciemno. Brukowanymi
uliczkami spacerowało kilku mieszkańców, od których aż bił przepych. Najdroższe
materiały, futra, satyna, złote nici, biżuteria, a przede wszystkim chciwość,
sztuczność i nieuprzejmość – każdy z nich był w to wyposażony. Patrzyli się z
obrzydzeniem na dziewczynę odzianą niczym biedaczka, w przybrudzonej i
wilgotnej od wina sukni. Nie chcieli mieć z nią do czynienia.
Zastanowiła się chwilę. Skoro tutaj było tak
okropnie, to jaka atmosfera panuje w wyższych strefach Kirvanu? I ile złota
muszą posiadać w szkatułkach jej mieszkańcy? „Obrzydliwie bogate, skąpe
świnie”, mruknęła pod nosem, gdy kolejna para minęła biedaka siedzącego pod
ścianą i żebrującego o chociaż jedną złotą monetę, aby nie umrzeć z głodu.
Ceres dała mu pięć. Znała jego sytuację aż za
dobrze. Nawet, jeśli stoczył się z własnej winy, należało mu pomóc podnieść się
znowu na równe nogi. Tak jak kiedyś ktoś pomógł jej.
Nagle przed nosem przemknęła jej
charakterystyczna postać kobiety w średnim wieku, ubranej w roboczą suknię i
fartuch. To była ta sama zazdrosna kobieta, która zleciła jej zabójstwo
kochanki męża. Czy to możliwe, aby była wtedy w gospodzie? A może obserwowała
wszystko przez okno?
Bez wahania chwyciła ją za ramię.
Przestraszona mieszkanka szybko odwróciła się w jej stronę, ale rozluźniła się
na widok znajomej twarzy. Na jej obliczu pojawił się nawet delikatny uśmiech
ulgi.
- Ceres! Czy zlecenie… - zawahała
się – Czy robota została już wykonana?
- Nie tutaj – skarciła ją
dziewczyna i szybkim ruchem rozejrzała się po nagle opustoszałej alejce, aby
dodać swoim słowom wiarygodności – Czy mogę wstąpić na moment do twojego domu?
- O-owszem, ale to aż w Aethum…
- Przecież ja też tam mieszkam –
ucięła.
Kobieta nie odzywała się do niej przez całą
drogę. Przemierzały pustoszejące alejki tego ohydnego miasta w milczeniu, a
każda była pogrążona jedynie we własnych myślach. Ceres zastanawiała się, jak
długo jeszcze będzie musiała brudzić swoje ręce, aby móc wreszcie opuścić to
więzienie.
To miasto nie było zwykłe. Można było je
określić jako pułapkę, bilet w jedną stronę. Jeżeli weszło się do niego i
zabawiło dłużej niż trzy dni, za wyjście pobierano olbrzymią opłatę. Osoby
zamożne było stać na tyle wizyt, ile ich dusza zapragnie, jednak ubożsi utykali
tutaj na dobre. Właśnie dlatego ulice i zaułki zapełnione były biedakami,
którzy cały swój dobytek posiadali w innym mieście, może nawet państwie. Władze
Kirvanu bardzo niechętnie wydawały obywatelstwo, więc oszukani ludzie nie mogli
nawet dostać domu czy stałej, dobrze płatnej pracy. Nie mieli pieniędzy, lecz
nadal musieli płacić podatki. A jeśli nie zostawało im już nic, byli
zatrudniani do wycieńczającej pracy za miskę zupy i pół bochenka chleba.
Prawdziwie zadowolona była jedynie bogata szlachta, która nawet nie kryła się z
faktem wpływania na decyzje głowy miasta. Bez zgody najbogatszych rodów nic nie
mogło się odbyć. To miasto miało swój własny, ohydny sposób na życie.
- O czym myślisz? – głos towarzyszki
wyrwał ją z chwilowej zadumy.
- Ach, o życiu – uśmiechnęła się
przekornie – Wiesz, nawet komuś takiemu jak ja czasami się zdarza.
Kobieta splotła dłonie za swoimi plecami i
nerwowo potarła palce. Wzniosła wzrok ku zachmurzonemu niebu, które z każdą
minutą robiło się coraz ciemniejsze. Tej nocy z pewnością nie będzie widać na
nim gwiazd.
- Ceres… Powiedz mi, jak to się
stało, że wylądowałaś w takim miejscu? Zostałaś zmuszona do tak okropnych
czynów jak kradzież czy morderstwo… Bo ja wierzę, że nie robisz tego z własnej
woli, czyż nie? Wiem, że po zleceniu ci zabójstwa nie mogę prawić ci morałów
czy czynić wyrzutów, ale…
Blondynka zastanowiła się chwilę. Co prawda
nie mogła uznać, że przyjaźni się z tą chorobliwie zazdrosną kobietą, lecz to
nie miało teraz znaczenia. Jeśli wszystko pójdzie po jej myśli, ta pani będzie
martwa w ciągu najbliższych kilku godzin, a tym samym nawet najbardziej
wstydliwe informacje, które jej ujawni, zetrą się i znikną, gdy zatrzyma się
jej puls.
Nie. Nie była gotowa.
- To długa historia, a jesteśmy
już w Aethum – wymigała się zręcznie, nie patrząc rozmówczyni w oczy – Chodźmy
wreszcie do ciebie, zaczyna robić się zimno.
Kobieta podprowadziła ją do jednej z wielu
identycznych chat i gościnnym ruchem zaprosiła do środka. Wnętrze było bardzo
ubogie – na środku izby leżał cienki dywan, a przy ścianie stał kominek służący
jednocześnie za piec. Przy nim wybudowane były drzwi. W rogu pokoju znajdowało
się niewygodne łóżko, komoda i dwa kufry. Przy przeciwnej ścianie stał nieduży
stół i para krzeseł. Na jednym z nich siedział barczysty, nieco posiwiały
mężczyzna w stroju robotnika.
- Wróciłam, kochanie – odezwała
się delikatnie kobieta, wskazując na Ceres – Przyprowadziłam gościa. Przyjmę ją
w pokoju dziennym. Nie przeszkadzaj sobie…
Nie odpowiedział, wrócił jedynie do
przerwanego posiłku. Żona wprowadziła dziewczynę do przybudowanej izby za
drzwiami. Te wnętrze było urządzone równie skromnie co poprzednie. Zawierało
starą kanapę, fotel, okrągły stół, taboret i szafkę. Kobieta wskazała na
kanapę, po czym niemal jednocześnie usiadła na niej wraz z Ceres. Kilkakrotnie
zerknęła na drzwi, jakby pragnąc się upewnić, że mąż nie będzie ich
podsłuchiwał.
- Więc… - zaczęła niepewnym
głosem – Ona nie żyje?
Ceres śmiałym ruchem pokiwała głową, a na usta
wypełzł jej szyderczy uśmieszek.
- Nie żyje, prze-pani. Jest
martwa, zimna i sztywna. Jeśli miała jakąkolwiek rodzinę, to niedługo zapewne
urządzą jej pogrzeb. I taki był koniec właścicielki gospody i złodziejki mężów.
Po wypowiedzeniu ostatnich słów spojrzała na
towarzyszkę nienawistnym wzrokiem. Kobieta wzdrygnęła się pod tym spojrzeniem,
a całe jej ciało przeszyły dreszcze. Straszne, złote spojrzenie. Spojrzenie
mordercy i złodzieja.
- Uznajemy całą sprawę za
zakończoną – blondynka objęła ramiona rozmówczyni i pogłaskała ją po głowie –
Nie musi się już pani więcej bać o swojego męża.
W tym ułamku sekundy zadecydowała, że wszystko
to skończy się tu i teraz. Obsunęła swoją rękę z kobiecych włosów prosto na jej
usta, zaciskając je mocno, aby ofiara nie mogła krzyczeć. Silnym objęciem
krępowała jej ruchy, a jednocześnie szybko wyjęła sztylet spod paska przy
udzie. Na jego widok szamocząca się kobiecina zamarła, a po chwili szarpnęła
się w panice. Próbowała kopać i gryźć, ale już niewiele dzieliło ją
od tragicznego losu. Ręka ze sztyletem opadła na gardło kobiety, a ostrze
wgryzło się w tkanki, rozrywając wszystko z mięsistym chrupnięciem.
Ciało upadło bezwładnie na drewnianą podłogę,
brocząc ją ciemnoczerwoną posoką.
- Nie porozmawiamy ze sobą dłużej –
Ceres z wyższością patrzyła na stygnące zwłoki – Zginęłaś za nienawiść i
chorobliwą zazdrość, która zżerała cię od środka. A twój małżonek zginie za
kłamstwa, obłudę i zdradę. Jeśli tamta kobieta była niewinna, to wasza dwójka
pójdzie dziś do piekła.
Przez chwilę milczała.
- Pewnie kiedyś się tam spotkamy.
*
Nie mam siły na więcej.
Pis joł.
