No to jak, zaczynamy? :)
Nie uznaję prologów (nie potrafię ich pisać, taka moja słabość), więc przechodzę od razu do rozdziału pierwszego. Rozdziały będą oczywiście krótsze od tych książkowych, bo radość na blogu trzeba dawkować ;)
Tak jak mówiłam, moje opowiadanie nie ma tytułu. W nazwie posta nie będę go więc umieszczać, lecz nie martwcie się - nie mam w zamiarze pisać dwóch "dużych" opowiadań na raz. Postaram się najpierw skończyć jedno, w międzyczasie możecie oczekiwać jedynie krótkich one-shotów, postów informacyjnych lub innych takich dupereli.
Bez zbędnego przedłużania, moi mili państwo, oto...
Rozdział I
Zajazd cuchnął potem, przypalonym mięsem i kocimi szczynami. Ze szczerą niechęcią przekroczyła próg budynku i stanęła w sporym pomieszczeniu skąpo oświetlonym kandelabrami. Niemal całą przestrzeń wypełniały długie stoły biesiadne, po brzegi zastawione tłustą strawą i kuflami z piwem. Przy stołach zaś siedzieli mężczyźni, większość w średnim wieku, z pokaźnym brzuchem i zaniedbaną brodą. Za ladą stała tęga kobieta w osmalonym fartuchu, wycierająca kufle i podająca dania.
Mężczyźni zauważyli ją dopiero, gdy podeszła kilka kroków bliżej do stołów. Jeden z uczestników uczty wstał i podniósł z szacunkiem kufel w geście powitania. Skinęła grzecznie głową, poprawiła lamparcie futro na ramionach i sprawdziła, czy sakiewka wciąż jest na swoim miejscu. Nie ufała takim oberżom, szczególnie w obcych państwach. Cudzoziemcy często padali przecież ofiarami kradzieży. Nerwowym krokiem podeszła do lady, nachyliła się do kobiety, a czarny, niesforny kosmyk opadł jej na czoło.
- Jest pani właścicielką? – spytała najgrzeczniej jak potrafiła
- Tawerna należy do męża – głos kobiety był ostry, wydawać się mogło, że szczekała, zamiast mówić – Zawołam, to przyjdzie za chwilę.
W oczekiwaniu na właściciela usiadła przy blacie i postanowiła bliżej przyjrzeć się ludziom zebranym w tej osobliwej mieścinie. Wśród biesiadników nie zauważyła ani jednej kobiety i zasmuciło ją to nieco – nie uśmiechało jej się być jedyną samicą wśród rozochoconych, podchmielonych mężczyzn. Wzdrygnęła się na samą myśl obrzydliwej orgii, która przyszła jej do głowy i natychmiast odpędziła od siebie tę wizję. Większość gości była ubrana skromnie, po wiejsku – kalesony, kamizelki, koszule i niskie, chłopskie buty. Skoro bywa tu pospólstwo, to ceny też nie powinny być wygórowane, pomyślała. Na stołach stały misy wypełnione rozgotowaną kaszą, udami drobiowymi, kolbami kukurydzy i ziemniakami. Widocznie w tym roku wyjątkowo dopisały plony. Izba była spora, z drewnianymi kolumnami podpierającymi strop i kamiennymi zdobieniami do połowy ściany. Na kominku spał czarny kot.
Odwróciła się na dźwięk miękkich kroków. Stał przed nią wysoki, jasnowłosy mężczyzna o odważnym spojrzeniu. Domyśliła się, że był właścicielem karczmy, więc wstała i dygnęła lekko. Nie przywykła do kłaniania się obcym, lecz tutejszy zwyczaj tego wymagał.
- Waszmość jest właścicielem, jak mniemam.
- Takoż jestem – skinął głową i uśmiechnął się lekko – Co sprowadza panienkę w te biedne strony? Wszakże dziś święto mamy, jakby co, to ugościmy!
- Można powiedzieć, że podróżuję – bawiła się ozdobnym kłem, wiszącym na rzemyku jako jej amulet – Jestem tutaj przelotem, bo noc się zbliża, niekorzystna dla dziewek przemierzających obce kraje. Święto, mówicie? Jesienne zbiory plonów zapewne. Macie co świętować, jak widzę, stoły aż się uginają pod ilością strawy…
- Ano mamy, mamy! A panienka co, sama podróżuje? Choć, jak widzę, odzienie dzikie i drapieżne, to w środku kulturalna i delikatna dziewka z panienki. Nie boi się panienka tak przez biedne państewka podróżować samotnie? Żadnej eskorty, narzeczonego ni brata?
- Nikogo – ucięła momentalnie – Samodzielna jestem. No i mój sposób podróży wyklucza próbę kradzieży, napaści czy zabrania cnoty. Jest dość bezpieczny, jak wielu sądzi. Ale nijak się to ma do konia czy bryczki. Zadek boli po dwóch godzinach.
Właściciel zamyślił się, ogarnął wzrokiem zajazd. Mężczyźni nie wykazywali żadnych agresywnych zachowań, nie przybyło żadnych dziewek-podróżniczek, jego żona posłusznie zmywała naczynia po kolejnym zjedzonym daniu. Tylko śmierdziało jeszcze bardziej, bo stary kocur znowu narobił pod siebie we śnie, pewnie mu się łosoś zamarzył.
- A czym to panienka podróżuje, można wiedzieć? – przeniósł wzrok na dziewczynę.
- A można, można. Na smoku latam.
Karczmarz tak się zdziwił, że aż usiadł. Jego żona przestała na chwilę zmywać naczynia i kucnęła, by podnieść upuszczoną łyżkę. Podsłuchujący biesiadnicy zatrzymali strawę w połowie drogi do ust i powoli obrócili swoje głowy ku przybyszce. Kot spadł z kominka, a przed oberżą wściekle zagdakały kury. Po ziemi potoczyła się upuszczona butelka po winie.
- Co robicie miny jakbyście ducha zobaczyli? – westchnęła podróżniczka – Smok jak smok, taka duża jaszczurka. A że lata to też nie dziwota. Przecież na północy hodujemy je już dobre sto lat. Aż takie zacofanie u was, panie oberży?
- Zacofanie, to fakt – właściciel przełknął ślinę i rozejrzał się nerwowo – Nie przywykłem do widoku gadziny w tych okolicach. Wie panienka, ja panience na nocleg pozwolę, jeśli się tylko upewnię, że do jutra mój zajazd nie spłonie.
- W porządku! Moja bestia to standardowy lśniącołuski, w dodatku czysta krew – uśmiechnęła się wesoło i uspokoiła go gestem – Takie coś za żadne skarby nie wydobędzie z gardzieli ni iskry, ni ogienka. A i oswojony, od jajka z ludźmi współgra, nikogo bez pozwolenia nie zabije.
- Bez pozwolenia?
Jej uśmiech stał się bardziej szyderczy i nieprzyjemny. Nierówno przycięte na karku włosy odbiły refleksy światła ze świec, a jej strój stał się jakby jeszcze bardziej drapieżny. Każda cętka na jej futrze, każdy kieł w amulecie, każde pióro w ozdobie we włosach stało się jeszcze bardziej dzikie. Zaśmiała się w głos, odchylając się do tyłu i ocierając łezki z kącików oczu.
- To jak, panie oberży? Znajdzie się dla mnie nocleg?
- O-oczywiście! – zająknął się, lecz głos mu nie zadrżał – Dwadzieścia łusek za nockę, nie wliczając posiłków. Najlepsza cena w wiosce!
- Drogo – przygryzła wargę – Nie będzie na cielaka dla mojej gadziny. Trudno, puszczę biedaka do lasu. Na pewno upoluje tam sobie jakąś ładną łanię.
Na blat wysypały się srebrne monety z wizerunkiem Claudiusa, władcy Kyrieth. Łuski były walutą wspólną dla Fellum i Kyrieth właśnie – małych kraików na południu, od jednej strony otoczonych morzem, od drugiej górami, od trzeciej nieprzebytą puszczą, a od czwartej despotycznym cesarstwem Yrvinn. Dziewczyna wymieniła pieniądze w kantorze na granicy. Sakiewka nieco jej się przykurczyła, bowiem jedna srebrna łuska warta była około dziesięciu złotych rogów, waluty jej rodzimego kraju. Za trzysta łusek można było kupić dobrego, młodego ogiera od pewnego hodowcy.
- To chcesz pan zobaczyć mego majestatycznego wierzchowca? Jadł dzisiaj, krzywdy nie zrobi. Tylko żony radzę nie zabierać, jak ma słabe nerwy. Mawiają, że nieduże te moje dziecię, ale prawdą jest, że bydlę wielkie jak wóz z Yrvinn. A wozy z cesarstwa, jak pewnie wiecie, małe nie są!
Oberży skinął głową niby z niechęci i przymusu, lecz naprawdę chciał przyjrzeć się smokowi – bohaterowi baśni, legend i podań, którego widział tylko na bogato zdobionych gobelinach w domu jego najświętszej pamięci ciotki. Chciał się upewnić, czy gady mają pazury ostre jak sztylety, i czy ich ryk ogłusza z odległości dziesięciu stóp.
Chciał się tylko upewnić.
*
Gad miał chyba z sześć metrów długości, a gdy stał na czterech łapach, to charakterystyczny, bardzo wystający kręg szyjny umieszczony był co najmniej dwie stopy nad głową karczmarza, a właściciel wcale nie był niskim człowiekiem. Drobne, szorstkie łuski smoka połyskiwały złoto-miedzianym blaskiem w świetle kandelabrów. Stworzenie było tak potężnie zbudowane, że mogłoby zmieść tawernę z powierzchni ziemi za pomocą kilku uderzeń kolczastym ogonem o kształcie buławy. Jego smukłą głowę wieńczyły dwa wygięte w kształt błyskawicy rogi. Oberży nie wiedział, że zakłada się na nie specjalne ochraniacze ze skóry – teraz to widział i wnioskował, że smocza broń musiała być bardzo ostra. Pysk miał ciasno owinięty skórzano-materiałowym ochraniaczem z pikowanym wzorem. Po zobaczeniu tego mężczyzna poczuł się jakby bezpieczniej i cicho odetchnął z ulgą. Przynajmniej nie spali mi chałupy, pomyślał. Z grzbietu stworzenia wyrastała para majestatycznych, pazurzastych skrzydeł wypełnionych błoną, teraz spokojnie złożona na plecach smoka. Jego łapy były duże, lecz wbrew legendom i rysunkom bardziej przypominały połączenie niedźwiedzich i kurzych, niż ludzkich. Jego pazury były krępe i stępione od wielokrotnego rycia w ziemi przy lądowaniu. Gad spojrzał się na karczmarza bystrym, bursztynowym spojrzeniem. Spojrzeniem bardzo mądrym i rozumnym jak na zwierzę zdominowane przez niską dziewczynę z lamparcim futrem na ramionach.
- I jak się prezentuje moja bestia? – właścicielka smoka poklepała pupila po plecach – Młody jest, sprytny, w tym roku pięćdziesiątki dobił. A jaki przystojny! Duma i chluba moja.
- Bardzo… majestatyczny – mężczyzna wciąż nie miał ochoty podchodzić bliżej niż na dziesięć stóp od zwierzęcia. Strach przed dziecinnymi opowiastkami brał górę – Ale on będzie tak tutaj siedział? Niby jest przywiązany do żerdzi, ale toto wbite tylko na metr w ziemię, nie wiem, czy utrzyma…
Dziewczyna prychnęła wesoło i zaprezentowała karczmarzowi swoje śnieżnobiałe, drobne zęby, a smok zawtórował jej przyjemnym pomrukiem. Gad trzepnął skrzydłami i ponownie ułożył się do przerwanego przez widownię snu.
- Spokojnie, panie oberży, moja gadzina to równe stworzenie. Jak się mu powie „zostań” to zostanie. No, chyba, że na dłużej niż jedną noc… Ale więcej nie mam zamiaru tu zabawiać. No, gospodarzu, gotuj dla mnie kwaterę! Kilka następnych godzin spędzimy w waszym zajeździe. Zapłaciłam z góry.
Mężczyzna ostatni raz spojrzał na spokojnie oddychającego smoka. Coś takiego widział tylko raz, gdy córka Vissegerda kupiła na targu smocze jajo i chowała bestię przez dobre kilka lat, ale potem rozochocony samiec zaraził się jakąś smoczą chorobą i padł w pobliskiej stodole. Lecz państwu Vissegerdom została spora obórka przeznaczona dla tych skrzydlatych obrzydliwców, ale dopóki nie dostał zapłaty za następne dni, nie miał zamiaru mówić o tym przybyszce.
*
- Wanna jakaś?
- Brak.
- Balia?
- Nie posiadam.
- Rzeczka?
- Lodowata.
- Miednica?
- Żona ma. Pięć łusek za kąpiel.
- O, ty stary zdzierco! – dziewczyna huknęła pięścią o blat, aż zadzwonił mosiężny kubek po naparze z ziół – Tak dziewkę wykorzystywać… Dobra, jeden dzień obejdę się bez kąpieli. A jutro zahartuję się w rzeczce. Podaj no może kufel jakiegoś dobrego piwa w ramach zadośćuczynienia.
- Piwo mamy jedne, niezbyt dobre.
- Byle jakie. Chcę się dziś urżnąć i paść jak kłoda, na nic więcej nie mam siły.
Gdy właściciel zniknął w głębi kuchni, ona odwróciła się z powrotem do goszczącego się pospólstwa. Towarzystwo przerzedziło się nieco, kilku słabszych zawodników spało pod stołem, a kilku wyprowadziły zirytowane żony, sycząc coś o obowiązkach do wypełnienia. Pozostali mężczyźni nadal świetnie się bawili, teraz śpiewali ballady i rybackie szanty. Trzeba było bowiem wiedzieć, że wioska mieściła się nieopodal portu w Vanis. W karczmach zawsze można było usłyszeć wesołe opowieści zza morza lub przynajmniej z targów rybnych. I poczuć niezbyt przyjemny smród przemoczonych rybackich ubrań pełnych glonów i rybich oczu.
Mężczyźni, choć na początku trochę nachalni i wyrażający chęć współżycia, po kilku zimnych i poważnych odmowach zaniechali jakichkolwiek nieprzyzwoitych działań w kierunku jej osoby. Dostała to co chciała – względny spokój. Mogła teraz przynajmniej bez nerwów słuchać ciekawych opowieści wieśniaków i powoli sączyć niedobre, gorzkie piwo o posmaku smoły.
- Ponoć cysarskie czają się na smoków, chcą z gadzin interes ubić! – zagrzmiał potężnym głosem tęgi jegomość mocno po pięćdziesiątce – Nie udało im się Bretevoult zagarnąć, to chociaż chcą im gospodarkę zniszczyć handlem żywym towarem, ognioziejnymi bestiami. Jak myślicie, powiedzie im się to czy prędzej ich syrena ogonem w rzyć kopnie?
Długowłosy facet ze śladami po trądziku nieudolnie ukrytymi pod rzadką brodą czknął potężnie i zechciał chyba przyłączyć się do dyskusji, jednak nie zdołał – zmęczenie go przemogło i bezwładnie zjechał pod stół, nie wzbudzając tym samym większego zainteresowania wśród towarzyszy. Jeden więcej, jeden mniej do biesiady – co to za różnica, jeśli piwo wciąż jest?
- Nie wierzę ja, panie, w syreny czy morskie płaczki – stosunkowo młody blondyn przerwał wypowiedź, przeżuł chrząstkę z kurczaka i splunął na podłogę – Ale prędzej w nie uwierzę, niż w to, że Yrvinn ze smokami sobie poradzi. Przeca to potężne stwory, niektóre takie jak chałupa wielkie, ni to okiełznać, ni wyszkolić. To tylko cwaniaki ze starego Bretevoult potrafią.
- I ta dziewka – potężny głos wskazał na ciemnowłosą przybyszkę.
Dopiero teraz zorientowała się, że mówią o niej i jej ojczyźnie. Otrząsnęła się i uśmiechnęła chłodno, wzdrygając się na spojrzenie blondyna i szybko odwracając wzrok.
- Co ja tam umiem, młoda jeszcze jestem. A mój miedziak u nas od dwóch pokoleń siedzi, to przyzwyczajony do ludu, wzlatuje na zawołanie. W zakładaniu siedziska na grzbiet żadna sztuka.
- Żadna sztuka, a jednak niewielu to potrafi! – zaśmiał się grubas w lnianej czapie – Powie nam zacna panienka, w czym tkwi sekret? Wszak końskiego siodła się smokowi przeca nie założy!
- To akurat dość skomplikowane działanie – zasępiła się i oblizała wargi z chmielowego posmaku – Smocze siedzisko wygląda trochę jak taka wielka kamizelka ze skóry. Ma dziury na przednie łapy, zapinane na coś podobnego do popręgu pod brzuchem gada. Tylko trza uważać, bo tam bestie są delikatne, jak się źle trąci, to trach! I leży się pod dwutonowym cielskiem, co nie jest przyjemne. Siedzisko właściwe, czyli toto twardsze pod ludzką rzyć, ma całkowicie płaskie łęki, więc niedoświadczonemu utrzymać się w nim nie sposób. W dodatku ni żadnych strzemion ni pasków, tylko zad w kulbakę wcisnąć i się modlić do bóstwa jakiego, żeby smok nie zaszarżował dziko na jelenia przy drodze. Zamiast ogłowia smok ma obrożę i smycz jako wodze, bo spróbuj pan gadowi włożyć wędzidło w uzębiony pysk! Utrata ręki gwarantowana.
Wszyscy słuchali z zafascynowaniem, chcąc jak najwięcej dowiedzieć się o smokach, stworach mitycznych i tak odległych, a jednak na wyciągnięcie ręki. Nikt ani razu nie przerwał monologu dziewczyny, nawet długowłosy śpioch wygramolił się spod stołu i dzielnie usiadł na swoim miejscu, starając się utrzymać głowę w pozycji pionowej.
- Pani kochana, a taka jedna Vissegerdówna z sąsiedztwa miała takiego niedużego wyrostka o kolorze błota, jak świniak się zawsze zachowywał, jak tresowana małpka psocił. Chciała go rozpłodzić i się gadzinie zdechło. Od czego to, wie panienka?
- Może jakaś odmiana smoczej rzeżączki? – lniana czapa zrobił minę mędrca – Wszystkich dopada…
- Rzeżączka? Tyfus? Gówno! – przerwał potężny głos – Zachędożył się na śmierć, ot i cała prawda! Podstawiali mu pod gorącego członka nowe panienki, nawet nie smoki, tylko krasule i kobyły, a się bestia zmęczyła i padła z wycieńczenia! Umarł szczęśliwy przynajmniej.
Dziewczyna zamyśliła się i zakręciła na palcu czarny kosmyk swoich włosów. Nigdy nie była mistrzem w rozpoznawaniu smoczych chorób, ale gady te raczej miały immunitet na choroby zakaźne i weneryczne typowo występujące w naturze. Jedyną opcją była obca zaraza, która zmutowała po pojawieniu się na ziemi ludzi, istot nienaturalnie odpornych na złe warunki i upływ czasu. Niczym choroba, która nie chciała odejść.
- Najwyraźniej smok zaraził się czymś kilka tygodni wcześniej – zawyrokowała – Gady zwykle nie wykazują żadnych objawów nawet głębokiego stadium choroby, więc po prostu padł, gdy jego organizm nie dawał sobie rady z wirusami. Ot, smocza dola.
- A panienka kim jest, że się tak na smokach zna? – czknął blondyn – Wszak i o siedzisku opowiedzieć umie, i medycynę studiowała chyba… Ani chybi jakaś uczona panna ze szlacheckiego rodu? Dlaczego zatem sama podróżuje, w kocie skóry odziana jak dzikus?
- Ha! Trafiłeś pan w sedno, usidliłeś mnie w pułapce. Panie oberży, podwójne piwo dla tego jegomościa, na mój koszt! – zaśmiała się gromko, błysnęła ostrymi zębami i pogładziła lamparta na ramionach – Ród Houvenghal jest bardzo poważany w Bretevoult, jak zapewne wiecie. Zajmują się smokami od lat, właściwie odkąd ludzie oswoili pierwszego gada. Oto pierwszy raz się wam przedstawię. Zwą mnie Vanessa Houvenghal, pogromczyni smoków z Bretevoult!
Wszyscy mężczyźni wstali z miejsc, stuknęli się kuflami, a po stołach rozlała się piana, zapachniało alkoholem. Cały zajazd huczał od pieśni pochwalnej na cześć słynnej podróżniczki, która zaszczyciła wioskę swoją obecnością. Żona karczmarza cierpliwie zmywała naczynia, sam właściciel próbował się zdrzemnąć, nie mogąc jednak tego uczynić przez radosne krzyki dochodzące z wielkiej sali. Oto wieśniacy nosili dziewczynę na rękach, czcząc ją i oddając jej chwałę niczym największej bogini.
Stary kocur znowu narobił pod siebie, a po izbie rozniósł się okropny odór.
*
Uff! Skończone. Co o tym sądzicie?
Ach, tak, uwielbiam staroświeckie klimaty D:
Do następnego razu!
siemka! :D
OdpowiedzUsuńOpowiadanie baardzo przypadło mi do gustu i mam nadzieję, że je dokończysz ;>
Będę tu często zaglądac ^^
Pozdrawiam i zapraszam do siebie :p
http://two-other-worldss.blogspot.com
Ach, naprawdę? Dziękuję! Nawet nie wiesz, ile znaczy dla mnie taki drobny, miły komentarz :')
UsuńNa twojego bloga już zajrzałam i także będę regularnie go odwiedzać c:
Pozdrawiam!
Piszesz bardzo ciekawie. Powodzenia w pisaniu.
OdpowiedzUsuńDziękuję i życzę tego samego! c:
UsuńZapraszam na http://ogniwils.blogspot.com/
OdpowiedzUsuńOpowiadanie jest nudne i za długie. Nic się w nim nie dzieje. Gdy ktoś patrzy na to od razu nie chce mu się tego czytać. Po za tym nie pisz odstępów przy myślnikach ,bo wygląda to dość brzydko. Pamiętaj o akapitach. Nie bierz tej wiadomości za hejt tylko za radę na przyszłość.
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
UsuńCzyli powinno trwać ile? Od dwóch do czterech rozdziałów? Spacja po myślniku i tak bulwersuje mniej, niż przed przecinkiem. "Przyganiał kocioł garnkowi", jak to mawiają. Akapity tam są.
UsuńWpadłem tu przypadkiem i nie żałuję. Opis g-e-n-i-a-l-n-y! Jestem leniwym człowiekiem, za dużo jak na mnie czytania. Bardziej przemawiałyby opisy krótsze, z niespodziewanym zwrotem akcji, które wyjaśniłby się w następnym rozdziale. Ale to moja opinia. Ale wrócę tu. Zgaduję, że należysz do płci pięknej. (Nie odbierz tego źle jeżeli się mylę.) Więc, madam, zamawiam zamawiam kolejne opowiadanie!
OdpowiedzUsuńDziękuję za twoją opinię, a radę z pewnością wezmę pod uwagę :) Cieszę się, że opowiadanie przypadło ci do gustu.
UsuńOwszem, jestem kobietą ^^