Troszkę się rozleniwiłam z tym dodawaniem rozdziałów, ale nie musicie już dłużej czekać c: Proszę państwa, oto wspominany w księgach, zapowiadany przez proroków...
Rozdział VI
*
Drżała. Z zimna, ze strachu. Nie dowierzała, że właśnie to robi. Że prawdopodobnie zaraz pozwoli zarobić płatnym mordercom, rabusiom i przestępcom.
Kilka razy wahała się nad uniesieniem ręki w celu zapukania. Bała się, że podjęta przez nią decyzja zmieni jej życie bezpowrotnie, wywróci wszystko do góry nogami. Pomimo szczypiącego chłodu ręka trzymająca kartkę strasznie się pociła. Wiedziała, że nie ma wyjścia. Ta jędza zasługiwała na nauczkę, która uniemożliwi jej dobieranie się do cudzych facetów.
Zapukała. Wstrzymała oddech i zdawało jej się, że zaraz wybuchnie od środka. Świdrujące uczucie w żołądku ustało momentalnie, gdy drzwi uchyliły się lekko, a w szparze pojawiła się blada, pomarszczona twarz starszego mężczyzny. Nie wyglądał na kogoś zdolnego do morderstwa.
- C-czy dobrze trafiłam? – głos jej drżał, gdy zadawała pytanie, wskazując na trzymane ogłoszenie – Błyskawiczne rodzeństwo rozwiąże wszystkie twoje problemy za niewielką sumę, po więcej informacji zgłoś się do najmniejszej chaty w Aethum… Rozmiary oceniałam na oko, więc chyba się pomyliłam… Przepraszam za najście, miłego dnia…
Starzec chwycił ją za nadgarstek. Jego dłoń była skostniała i zimna, nieprzyjemnie zaciskała się na kończynie kobiety. Zrezygnowana westchnęła i zerknęła na właściciela domu. Żałowała, że podjęła tą decyzję. Bardzo, bardzo żałowała.
- Stój, dziecinko – wychrypiał mężczyzna – Dobrze trafiłaś. Wchodź, zaraz poznasz „rodzeństwo”.
Wnętrze chaty było biedniejsze niż podejrzewała. Drewniany stolik pod ścianą, na nim pół bochenka chleba i jeden kawałek wołowiny. Oprócz tego zapadnięte łoże, rozlatujący się kufer, dywan z pozszywanych zajęczych skór oraz niewielki komin. Ach, no i drewniany taboret, ale on miał połamane siedzisko, więc raczej się nie liczył. Dokładnie rozejrzała się po izbie, lecz nigdzie nie zauważała wspomnianych rozmówców, „błyskawicznego rodzeństwa”. Przeczesała mokre włosy ręką, spojrzała wyczekująco na starca i chrząknęła.
- Więc… gdzie oni są?
Jako odpowiedź usłyszała tylko krótkie i niejasne „chodź”. Podążyła więc za mężczyzną, który wprowadził ją do śmiesznie małego pomieszczenia. Tu nie było nic oprócz komody i dywanu.
- Zejdź z chodnika.
Usłuchała i przeszła na podłogę. Już po chwili przyglądała się zmaganiom właściciela z ogromną klapą. Serce waliło jej jak młot – nie rozumiała nic z zaistniałej sytuacji. Pomyślała sobie, że po wydarzeniach dnia dzisiejszego nic już jej nie zdziwi.
- Matthew, Ceres! – słaby głos starca rozbrzmiał w długim tunelu prowadzącym chyba do wnętrza ziemi – Przeszedł zleceniodawca. Wpuszczam ją.
- Spoko wodza, dziadzia!
Drżącymi nogami stanęła na jednym z pierwszych schodów dziwnej, olbrzymiej drabiny przyczepionej do ściany. Rzuciła ostatnie spojrzenie mężczyźnie i zaczęła schodzić w głąb tunelu. Po chwili usłyszała nad sobą trzask zamykanego przejścia, a wszystko ogarnęła ciemność. Jęknęła. Przez dłuższy moment trzęsła się ze strachu, ale postanowiła kontynuować schodzenie. W co ona się wpakowała? Kto wie, co czeka ją na końcu zejścia.
Tunel wcale nie był aż taki głęboki, a na końcu zejścia czekała młoda dziewczyna trzymająca pochodnię. Wyglądała na trochę zniecierpliwioną. Była ubrana w lekki, męski strój ze skórzanymi elementami. Do pasa miała przypięty krótki sztylet i niewielką torbę. Miała włosy w odcieniu ciemny blond, spięte na prawej stronie i sięgające obojczyka. Wlepiała w nią swoje dziwne, złote oczy.
- Długo ci zeszło. Chodź, obgadamy szczegóły w bardziej ustronnym miejscu.
- Gdzie my jesteśmy? – to były jedyne słowa, które wydostały się z jej ust.
Dziewczyna nie odpowiadała przez pewien czas. Prowadziła ją przez dziwny labirynt przecinających się tuneli, ciasnych pomieszczeń, dużych sal, prowizorycznych ulic. Wszystko znajdowało się pod ziemią. Wszystko wydrążone w ziemi, wykute w skale, podpierane gigantycznymi drewnianymi belkami, metalowymi filarami. Wyglądało to dość stabilnie, ale podczas kluczenia pomiędzy poszczególnymi miejscami nie mogła oprzeć się wrażeniu, że wszystko zaraz zwali jej się na głowę.
Dotarły do olbrzymiego pomieszczenia z kilkupiętrowymi podporami, mostami i rusztowaniami. Wyglądało ono niemal identycznie jak plac w najwyższej dzielnicy Aethum, lecz było dwukrotnie większe. Na centralnym placu znajdowała się studnia, trochę ławek oraz stołów, a także pojedyncze stoiska bazarowe. Całość była otoczona przez jakby ucięte frontowe ściany domostw wbudowane w ścianę. Po placu poruszali się ludzie ubrani w obcisłe stroje, dzierżący broń. Dobrze zbudowani i umięśnieni. Groźni.
- Witaj w podziemiu – szyderczy głos dziewczyny wyrwał ją z zadumy – To miejsce niewidoczne dla zwykłych obywateli tego zapyziałego miasta nad nami. To właśnie tym żyje Kirvan! Przestępczością, morderstwami, kradzieżami i rozbojami. Nieczęsto wychodzimy na powierzchnię, choć czasem nam się to zdarza. Wiesz, każdy potrzebuje od czasu do czasu ujrzeć światło słoneczne.
- Rany, Ceres, każdemu klientowi będziesz pokazywać to miejsce?
Za dziewczyną jak spod ziemi wyrósł dość wysoki, szczupły chłopak. Miał ciemniejsze włosy, lecz tak samo jak ona piękne złote oczy. Był ubrany w zwykłą lnianą koszulę oraz futrzane spodnie. Stał z założonymi rękami i najwyraźniej żądał wyjaśnień.
- Matt! – głos złotookiej momentalnie się zmienił. Ku zdumieniu rozmówczyni, dziewczyna objęła chłopaka w pasie i zaczęła się słodko śmiać – Dawno cię nie widziałam! Znów grałeś w kości ze starym Vutherem?
- Widzieliśmy się jakieś dwie godziny temu – chłopak przybrał łagodniejszy wyraz twarzy i nawet lekko się uśmiechnął – Nie wymigasz się od mojego pytania, ty piekielna istotko! Dlaczego sprowadzasz tu gości?
Ceres, bo najwidoczniej tak się nazywała, jęknęła i oderwała się od torsu mężczyzny. Unikała spojrzenia, lecz twarz rozmówcy niebezpiecznie zbliżała się do niej. Podrapała się po głowie.
- Wiesz, dawno nie mieliśmy żadnego klienta… Poza tym ta pani raczej dobrze wie, co ją czeka, jeśli zechce pochwalić się swoim znaleziskiem ze strażą, prawda?
- Mam nadzieję.
Po tych słowach kobiecie zmiękły nogi. Bała się ich, bała się ich wszystkich. Tacy, jacy powinni być przestępcy – bezlitośni, zimni i gotowi zabijać w każdej chwili. Jednak w tej sytuacji potrzebowała ich pomocy i nie miała innego wyjścia. Zżerała ją zazdrość i tylko wizyta płatnego mordercy mogła ugasić pragnienie zemsty.
- Chodź z nami, kobieto – chrypliwy głos wysokiego chłopaka odbijał się w jej głowie – Co prawda nie mamy tu własnego miejsca, jednak musimy porozmawiać w nieco dyskretniejszym zakątku.
Podążyła za rodzeństwem, które prowadziło ją ponownie przez liczne korytarze, zaułki, przejścia i włazy. Czuła, jak trzęsą jej się ręce, a serce ogarnia dziwny, nieopisany strach gorszy nawet od śmierci. Wpakowała się w coś, czego już nie dało się odkręcić.
Jasnowłosa dziewczyna usiadła na jednym z czterech krzeseł przy starym stole. Nie miał on jednej nogi, która prędko została zastąpiona stosem płaskich kamieni i cegieł. Blisko niej usiadł chłopak i spojrzał z wyczekiwaniem na kobietę. Wzdrygnęła się i natychmiast usiadła naprzeciwko tego przedziwnego duetu.
- Jestem Ceres Blitz – podjęła złotooka – A to mój brat, Matthew Blitz.
- Jestem Matthew Blitz – chłopak wbijał swe znudzone spojrzenie w kobietę – A to moja siostra, Ceres Blitz.
„To już wiem”, chciała mruknąć, jednak coś ją od tego powstrzymało. Nie wyglądali na wyjątkowo umięśnionych, nie nosili żadnej zbroi, jedynie przy pasie dziewczyny zauważyła mały sztylet, a jednak panicznie się bała. Byli tu sami. Wystarczyło jedno niewłaściwe słowo, a mogłaby paść martwa. Nikt nigdy nie dowiedziałby się o przyczynie jej śmierci, a jej ciało złożono by tutaj, w podziemiu. Jeżeli w takiej społeczności w ogóle chowa się zmarłych.
- Nie musisz się przedstawiać, bo nie będziemy podpisywać żadnych dokumentów – Matthew złożył ręce na stole i oparł na nich podbródek – Wbrew temu, co możesz sądzić po naszym wyglądzie, w tym podziemnym świecie cieszymy się dobrą renomą, a inni nas szanują. Pod innym warunkiem już byś zdechła, gdyby pozostali cię zobaczyli. Oni nie lubią tutaj gości z powierzchni.
Kobieta przełknęła ślinę i przygładziła szorstki materiał swojej sukni. Teraz ogarnęły ją mieszane uczucia. Jednocześnie cieszyła się, że te rodzeństwo zapewnia jej względne bezpieczeństwo wśród skrytobójców, lecz wciąż się ich bała. Mieli coś w oczach. Mord, zniszczenie i pożogę.
- Wiemy, po co tu przychodzisz. Nie musisz tłumaczyć nam swoich pobudek, nie musisz martwić się o sumienie. My doskonale cię rozumiemy. Nasze dusze są splamione krwią ludzi, ale żaden z nich nie był niewinny. Mniejsze, większe przewinienia, każdy z nich miał coś na swoim koncie. Nie zabijamy bez powodu i bez… motywacji.
Chłopak zrobił przerwę i spojrzał na swoją siostrę, dając jej znak, że teraz ona ma mówić.
- „Motywacja” to oczywiście pieniądze. Za darmo nic u nas nie dostaniesz – zaśmiała się dziewczyna, drapiąc się po karku – Ostatnio cienko idą nam interesy, forsy coraz mniej, więc ponownie uczepiliśmy się kradzieży. Lecz dzięki ludziom takim jak ty nasza przyszłość jest nieco jaśniejsza… No, ale skończmy pieprzyć farmazony. Kasa na stół. Nie przyszłaś tu przecież z pustą sakiewką, prawda, paniusiu?
Ostatnie zdanie zostało wypowiedziane z takim szyderstwem i taką grozą, że serce kobiety – do tej pory galopujące jak szalone – momentalnie stanęło. Drżącymi dłońmi sięgnęła do sznurowego pasa przy biodrze i odpięła od niego pokaźnych rozmiarów mieszek. Po chwili wahania położyła go na stole, a rozmówczyni szybko przysunęła go do siebie.
- Nie chce mi się liczyć, ale na oko to będzie z dwieście taratów – zagwizdała z podziwu – No, nasza znajomość przechodzi na zupełnie inny poziom! Teraz możemy porozmawiać. Kogo mamy zabić? Przydatny byłby jednak powód, żebym mogła szepnąć mu do uszka ostatnie słowa.
Przełknęła ślinę, odkaszlnęła, bo wszechobecny pył drażni jej gardło. Szybko podjęła:
- Mój… mój mąż od pewnego czasu zdradza mnie z obcą mi kobietą…
- Mamy zachlastać niewiernego małżonka? – zgadł Matthew
- Nie. Zabijcie jego kochankę. Śledziłam ich kilka razy i wiem, że… Mieszka w dzielnicy Vestell, w dużym, kamiennym budynku, tam też prowadzi gospodę „Pod Czerwonym Mchem”. Chyba nie ma żadnych krewnych. Nie wiem, czy to pomoże, ale…
- Bardzo pomoże – przerwała jej Ceres – Skoro nie ma rodziny, to wystarczy poczekać, aż knajpa się opróżni lub wszyscy pójdą lulu. Nie mam problemu z bezszelestnym skradaniem i włamywaniem się, więc powinno pójść gładko i bezproblemowo. Zależy ci na czasie?
- Chciałabym jak najszybciej mieć męża tylko dla siebie – spuściła głowę.
Rodzeństwo spojrzało po sobie i równocześnie pokiwało głowami. Właśnie bez słów doszli do porozumienia – Ceres to zrobi, ponieważ ona była bardziej doświadczona we włamaniach. Poza tym, Matthew nie miał w zwyczaju zabijać kobiet. Według niego nie było to honorowe… nawet jak na płatnego mordercę.
- Dobra, prze-pani – chrząknęła złotooka – Kobieta nie ujrzy jutrzejszego wschodu słońca. Będzie leżeć martwa w swojej gospodzie jeszcze dzisiejszej nocy. Umowa stoi, jak mam rozumieć?
Kobieta zauważyła małą, zaniedbaną dłoń wyciągniętą w jej stronę. Nie wierząc, co przed chwilą zrobiła i co robi teraz, uścisnęła rękę dziewczyny i pociągnęła nosem. Chciało jej się płakać przez swoją głupotę i okrucieństwo.
- Stoi.
*
Dłuższy? Krótszy? Sama się już nie orientuję D:
No cóż...
Żegnam :D
To ja tajny blog. Masz nową fankę
OdpowiedzUsuńTo ja tajny blog. Masz nową fankę
OdpowiedzUsuńŚwietny rozdział :) jestem ciekawa dalszych losów Matta i Ceres...
OdpowiedzUsuń