Cześć i czołem.
Pora na kolejny, trzeci już rozdział opowiadania! Jesteście gotowi? :)
Zaczynajmy.
*
W oborze przywitało ją kilka radosnych ryknięć. Znajdowały się tu sześć olbrzymich boksów, a naprzeciwko nich – dwanaście mniejszych, dla bydła. W tych większych urzędowały smoki. Pierwszy z nich, standardowy szmaragdowy o pięknych, czarnych oczach był największym skarbem jej brata. Był tak zwanym smokiem wyższym – potrafił używać magii. Ten osobnik akurat potrafił ziać ogniem, dlatego posiadał metalowy kaganiec zapobiegający pożarom. Kosztował fortunę, tyle też był wart.
Następny miał łuski czarne jak bezgwiezdna noc, lśniące jak szlachetne kamienie. Był spory, dobrze umięśniony i nie miał skrzydeł – był typowym smokiem roboczym służącym do przewożenia dużej ilości towarów, bowiem jeden taki potrafił udźwignąć tyle, ile cztery zimnokrwiste konie. Nie był najtańszy, ale nie miało to znaczenia dla jej rodziny – wykluł się w tej oborze i był wychowywany przez Houvenghalów praktycznie od zawsze.
Trzeci był nie pierwszej młodości, około dwustuletni smok znaleziony kiedyś przez ojca na skraju lasu, z olbrzymią raną na boku. Teraz po urazie została spora szrama i niechęć do opuszczania ludzkich siedlisk. Jego łuski były pokryte miękkim nalotem, a ich szkarłatna barwa zaczęła nieco ciemnieć. Niektóre z nich odpadły, inne niedługo miały zamiar. Nie zmieniało to faktu, że ten niewielki smok standardowy był wspaniałym, łagodnym towarzyszem dla mieszkańców domu.
Jak można się było domyślać, bydło było hodowane w celach spożywczych – dla domowników, smoków i przyjezdnych. W tej części kraju nikt się temu nie dziwił.
Poprowadziła smoka szerokim korytarzem, ciągnąc za smycz przyczepioną do obroży. Otworzyła jedną z wysokich bram boksów, a smok sam ochoczo wszedł do pomieszczenia. Miał ochotę poprzebywać ze swoimi pobratymcami, bo ostatnio niezbyt miał okazję.
Opuściła gady z czystym sumieniem i wyszła z obory, wypuszczając powietrze. Tam, gdzie przebywały zwierzęta, zawsze cuchnęło. Szczególnie łajnem.
Skierowała się ku średnich rozmiarów chacie z drewnianymi belami zamiast ścian i strzechą na dachu. Wyglądała dość skromnie i biednie, ale mieszkańcy Bretevoult właśnie taki styl najbardziej sobie cenili – prosty, bez zbędnych ozdób. Całe życie skupieni na pracy nie mieli czasu zajmować się sztuką i kulturą, co nie znaczyło, że byli niecywilizowani. Może większość nie umiała czytać, ale język ich nie był ubogi i mogli poszczycić się kilkoma ważnymi tradycjami.
Zaskrzypiały drzwi, dziewczyna przekroczyła próg. Na niskim taborecie siedziała nieco tęga kobieta niskiego wzrostu, z chustą zawiązaną na mysich włosach. Ze skupieniem obierała ziemniaki i wydawało się, że przez pierwsze kilka sekund nie zauważała przybyszki, choć w rzeczywistości widziała ją doskonale.
- Witaj, matko – uśmiechnęła się dziewczyna w progu – Wróciłam.
Dopiero teraz siedząca kobieta przeniosła na nią wesołe spojrzenie. Odrzuciła kozik, podniosła się ze stęknięciem, klnąc na słabujące nogi. Otrzepała fartuch i przypadła do dziewczyny, obejmując ją szerokim gestem i śmiejąc się w głos.
- No jak było? – miała czysty, klarowny głos – Gdzieś podróżowała? Nie zajeździłaś smoka?
- Ach, skądże! Bestia ma się świetnie, aż go niosło w drodze powrotnej. Swoją drogą, jest Will? Widziałam Saphyrrę w oborze.
- Jest, jest, wczoraj przybył – kobieta ponownie zasiadła do obierania warzyw – Mówił, że mu się śpieszy, więc nie zabawi tu długo, ale raczej go spotkasz. Zatęskniło się za braciszkiem, co?
Kiwnęła lekko głową, uśmiechając się ciepło. Dostawiła stołek i przysiadła obok matki, pragnąc opowiedzieć jej o wszystkich przygodach, które ją spotkały.
*
Akurat kończyła opowieść o niesamowicie uprzejmym przyjęciu w Kyrieth, gdy do izby weszła młoda dziewczyna o piwnych oczach. Uśmiechnęła się do kobiety siedzącej na stołku, odgarnęła z ramienia gruby warkocz koloru słomy i przeniosła wzrok na czarnowłosą przybyszkę. Twarz rozpromieniła jej się, a policzki okryły rumieńcem podniecenia. Przypadła do siedzącej podróżniczki i przycisnęła ją mocno do swoich obfitych piersi.
- Ach, Vanessa! Jak dawno się nie widziałyśmy – głos miała śpiewny jak najzdolniejsza artystka, a jednocześnie nieśmiały i delikatny jak dzwoneczek – Ile to było? Z dwa miesiące?
Czarnowłosa roześmiała się promiennie, wstała i chwyciła się pod boki, po czym chwyciła blondynkę za ramiona, cały czas się uśmiechając. Robiła to tak intensywnie, że zaczęły boleć ją policzki, jednak jej radość była całkowicie uzasadniona. Wreszcie spotykała dawno niewidzianą rodzinę.
- Spokojnie, Lauro, tylko trzy tygodnie – odparła – Choć, opowiem ci też o tym, co spotkałam.
- Ach, nie mogę. Muszę wracać na pole, wpadłam tu jedynie na sekundę. Żniwa same się nie zrobią…
Teraz matka wstała ze stołka i spojrzała zawadiacko na swoje dwie córki. Jedna o oczach miedzianych, ciepłych, o szorstkich włosach splecionych w warkocz do pasa, dziewczyna o kościstych rysach, delikatnej budowie ciała i wiejskich, strudzonych pracą dłoniach, ubrana w skromny męski strój roboczy i z chustką na głowie. Druga kruczoczarna, z oczami skrzącymi się granatem, o nieco zbyt długim nosie i krótszych jedwabistych włosach, wystrojona jak pani – w futra, pióra, kości i drogą, zdobioną skórę. Tak różne, a jednak wciąż tak podobne z charakteru.
- Odpuść sobie dzisiaj, kochana, przecież jest święto – huknęła kobieta – Siostra przyjechała z dalekiego Kyrieth, wypada ugościć, nieprawdaż?
- Jeśli chodzi o gościnę – wtrąciła niebieskooka – To prosiłabym o coś dla mojego wierzchowca. Od tygodnia jedzie na jakichś żylastych sarenkach z lasu, bo zabrakło mi pieniędzy na dobrej jakości mięso. Można?
- Oczywiście! Zaraz ubijemy jakiegoś cielaka i twój lśniącołuski wreszcie się naje.
Wbrew pozorom jej matka i siostry wiedziały naprawdę dużo o smokach, choć można by przysiąc, że to męski fach. Gady te jednak były hodowane w ich rodzinie od pokoleń, więc sposób ich żywienia, treningu, tresury, ujeżdżenia i rozmnażania był znany każdemu jej członkowi. Wiedza była przekazywana z pokolenia na pokolenie, z ojca na syna, z matki na córkę. Z reguły działo się to głównie na męskiej linii, lecz w wyniku znacznego zmniejszenia się ilości mężczyzn w Bretevoult zarówno władzę, jak i szanowane pozycje w rodach stanowiły kobiety. Było to jedno z niewielu państw, gdzie samice nie były traktowane przedmiotowo, a wręcz przeciwnie – z szacunkiem.
- Spotkałam dzikiego smoka, gdy wracałam – zagadnęła nagle podróżniczka, obracając w palcach kieł z amuletu – Było to gdzieś na ziemi niczyjej, tak w połowie. Akurat dreptałam sobie jakąś polanką nieopodal lasu, gdy…
*
Słońce prażyło niemiłosiernie, piekąc skórę i wywołując nieprzyjemne, drapiące pragnienie. Smok szedł pod nią powoli, zmęczony długim lotem i wszechobecnym gorącem. Pomimo, że był wytrzymałym stworzeniem, to taka pogoda dawała mu się we znaki. Zwieszał głowę, czasem się potykał, prychał i burczał co jakiś czas. Dziewczyna doskonale go rozumiała, specjalnie starała się kierować do jakiegoś jeziora lub rzeki, aby napoić i siebie, i wierzchowca. Jak na złość, skończyła jej się woda w bukłaku, a do pobliskiego zbiornika było bardzo daleko. Przez otępiony umysł gubiła się i kluczyła, bardzo nadkładając drogi. Złościło ją to, lecz nie miała nawet siły być wściekła.
Po pewnym czasie smok zebrał się w sobie i przyśpieszył kroku, dowodząc w ten sposób swojej wytrzymałości i woli walki. Dziewczyna postanowiła także być silna. Wytężyła więc umysł, poukładała myśli i rozejrzała się. Zewsząd otaczały ją drzewa, a ona sama wędrowała przez wielką polanę, osadzoną jakby w środku tej olbrzymiej puszczy. W takim lesie ciężko było znaleźć nawet mały strumyk lub bajorko, nie mówiąc już nic o większym zbiorniku wody pitnej. Westchnęła przeciągle – musiała zadecydować. Mogła wybrać tylko jeden kierunek, w którym miałaby szukać wody. Gad nie miał już sił na dłuższy marsz, więc o zawracaniu nie było mowy. Jeśli nie znajdzie wody w wybranym kierunku, będzie to oznaczało przegraną sprawę.
Wybrała prawą stronę. Tak po prostu, bez głębszego zastanawiania się, bo właściwie jej wybór nie miał żadnego znaczenia. Niezależnie od obranego kierunku, jeśli okaże się, że w lesie nie będzie wody, to zginie. Pociągnęła silnie za wodze i starała się skupiać na pięknych, zielonozłotych widokach. I za wszelką cenę nie myśleć o rychłej śmierci.
Nie wiedziała, czy szła już dziesięć minut, dwadzieścia, czy nawet całą godzinę. Głowa opadała jej na pierś, gorąco wywoływało nieustanną migrenę. Mrużyła oczy, chcąc ochronić je przed światłem. Modliła się o wodę do wszystkich bogów, w których wierzyła, których znała i o których słyszała. Och, gdyby tylko zdecydowała się zostać w Kyrieth jeszcze jeden dzień! Mogłaby przenocować nawet w jakiejś stodole, nawet w szczerym polu, byleby tylko uniknąć tego upału. Mogła wziąć ze sobą więcej wody… Och, ile ona mogła!
Nie miała nawet siły płakać. Trzęsła się w suchych, czkających spazmach.
Pierwszym, co poczuła, była bryza na nosie. Gwałtownie poderwała głowę, prawie tracąc równowagę. Chciała zakrzyknąć z radości, bowiem widziała przed sobą olbrzymie, szafirowe jezioro, w którym odbijały się promienie słońca. Jednak nie ruszała się, zatrzymała smoka i nawet nie wypuszczała zgromadzonego w płucach powietrza. Serce biło jej jak szalone.
Nad brzegiem jeziora stał dziki smok, dostojnie mocząc pysk i pijąc wodę. Jego brudnozielone łuski zlewały się z trawą i trzciną, a czarne oko spokojnie lustrowało własne odbicie. Nie zwracał uwagi na dziwnych przybyszy, możliwe, że wcale ich nie zauważył. Jedno było pewne – każdy krok w tej chwili mógł doprowadzić podróżniczkę do śmierci w paszczy tej bestii.
Smok ponownie pochylił się ku wodzie, więc dziewczyna postanowiła wykorzystać szansę. Czmychnęła w krzaki, ciągnąc za sobą swojego własnego wierzchowca. Gad narobił trochę rabanu, ale na szczęście szum liści zakłócał ten hałas. Niebieskooka miała szczęście – położyła się tuż obok sporego krzaku malin. Dziękując wszystkim bóstwom, w jakie wierzyła, jakie znała i o jakich słyszała zajadała się słodkimi owocami, wypełniając usta sokiem smakującym teraz jak najwykwintniejsze wino z irvińskich piwnic. Na chwilę zapomniała o całym świecie.
Otrząsnęła się i wyjrzała ponad krzakami. Dzikus dostojnym krokiem oddalał się od jeziora. Na jej szczęście, w przeciwną stronę. Czekała jeszcze kilka minut w bezruchu, cały czas wstrzymując dłonią swojego smoka. W końcu podniosła się, gdy gad całkowicie zniknął jej z oczu. Ostatnimi czasy rzadko widywało się dzikie smoki, lecz na ziemi niczyjej nadal był to pospolity widok. Każde stworzenie miało swój własny charakter i zachowania, jednak na te skrzydlate jaszczurki należało uważać najbardziej – każde spotkanie z nieoswojonym Chowańcem kończyło się co najmniej oderwaną kończyną lub poważną raną szarpaną.
Biegła w stronę jeziora, ciągnąc za sobą swojego miedziaka. Podskoczyła, wydając dziki kwik radości. Przypadła do powierzchni i zamoczyła w niej usta, nawet nie siląc się na nabieranie wody w dłonie. Piła długo, chcąc uzupełnić zapasy wody, a jej smok czynił to samo. Kilka razy zachłystnęła się, lecz nie przestawała pić. Pragnienie przestało doskwierać, płyn przyjemnie ochładzał spieczone usta. W końcu opanowała się i oderwała od jeziora. Wstała, otrzepała odzienie i – niewiele myśląc – zrzuciła z ramion gepardzie futro. Podeszła do smoka i odtroczyła od niego tobołki ze swoimi rzeczami, po czym zrzuciła z siebie resztę ubrań. Rozpędziła się i wskoczyła do wody, przykurczając mocno kończyny do ciała. Woda ochlapała zaskoczonego gada, a ten odsunął się od jeziora, zniesmaczony nieco. Dziewczyna zanurkowała, dotknęła mułowatego dna i wynurzyła się, siadając na jednej z licznych skał wystających poza wodę.
Zanurzyła nogi w wodzie, wyciskając swoje zmoczone włosy.
*
Poszłam za radą jednej z moich czytelniczek i od teraz rozdziały będą nieco krótsze, tak, aby każdy był zadowolony - w końcu mało kto ma siłę czytać kilka stron tekstu, prawda? ;)
Proszę o opinie i komentarze.
To jest świetne, cudowne, wspaniałe!Właśnie zyskałaś wierną czytelniczkę ;) Jestem zachwycona i będę wytrwale czekać na kolejne rozdziały.
OdpowiedzUsuńŻyczę dużo weny i czasu na pisanie tego cudeńka ^^
Dziękuję <3
UsuńWciągnęłaś mnie na tyle,że nie mogę oderwać się i przestać myśleć o tym opowiadaniu.Zyskałaś wierną czytelniczkę nr 8.
OdpowiedzUsuńTyle czytelników! ^o^
UsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
UsuńTfu,nieważne,nie pytaj co tam pisało xD.
Usuń