wtorek, 17 lutego 2015

Rozdział VII

Witam was po długiej przerwie i z miejsca przepraszam za tak przeciągniętą nieobecność D:
W ramach zadośćuczynienia dziś gwarantuję wam nieco dłuższy post.
Różne rzeczy się działy, ale teraz mogę wreszcie napisać rozdział, więc...
Enjoy!

Rozdział VII

 Walczyła ze sznurkami ściągającymi gorset – zupełnie nie umiała ich zawiązać. Stała już całkowicie ubrana w schludną suknię w beżowym odcieniu, praktycznie bez żadnych ozdób, jedynie z tym nieszczęsnym gorsetem opinającym jej pierś. Spojrzała błagalnie w stronę brata, który po chwili podszedł do niej i zręcznym ruchem zawiązał tasiemki na plecach.
- To nie jest trudne – napomknął – Pod warunkiem, że nie próbujesz przy okazji wykręcić sobie rąk do tyłu, wiesz? Poza tym, po co te całe przebieranki? Nie możesz po prostu iść tam i poderżnąć jej gardło, będąc ubraną w swój standardowy strój?
- To Vestell, dzielnica szlachty! Co prawda średnio bogatej, ale jednak mają oni jakieś wpływy polityczne. Wypadałoby przynajmniej zaprezentować się schludnie.
 Szatyn spojrzał na nią z ukosa i parsknął śmiechem. Nie wyobrażał sobie Ceres jako szlachcianki lub księżniczki, choć krew płynąca w żyłach jej przodków była w pewnym stopniu błękitna. Ta dziewczyna wybrała życie morderczyni, bandytki i osoby wyjętej spod prawa. Chyba nawet dobrze się z tym czuła – nigdy nie narzekała na swoje życie, a bywało ciężko. Chłód, braki w jedzeniu i dyskomfort były dla nich codziennością. Rodzeństwo jednak dalej trwało dzielnie wśród nienawiści i smrodu krwi, ponieważ mieli siebie. Obecność drugiego zawsze dodawała pierwszemu siły. Szczególnie, jeśli oprócz siebie nie mieli zupełnie nikogo.
- Dobra, idź już. Jest coś około piątej po południu. Nie śpiesz się, idź powoli, wynajmij pokój, zjedz coś w głównej izbie. Po drodze pomyśl nad jakąś wymówką – jesteś podróżniczką, przyjezdną, żoną kupca? Może córką szlachcica? Wieczorem możesz trochę porozmawiać z tą kobietą, żeby zdobyć jej zaufanie. Wygląda na to, że to twoja pierwsza poważniejsza robota z wykorzystaniem alternatywnej tożsamości i ufności gospodarza.
 Dziewczyna uśmiechnęła się do brata. Pomimo wszystko miała jednak w sercu zwątpienie i żal za to, co robi. Pierwszy raz od kilku lat mordowania i siekania ludzi nie mniej winnych czuła coś, co można było porównać do wyrzutów sumienia.
- Wiesz co, Matt? – zagaiła – Nie podoba mi się ta nasza klientka. Dobrze wie, że to mąż ją zdradza. Mąż, który doskonale zdaje sobie sprawę z oficjalnego małżeństwa i przysięgi, jaką złożył wobec żony. Co, jeśli ta kobieta prowadząca gospodę nie wie nawet nic o ożenku mężczyzny? Nie będzie nawet świadoma tego, za co zginęła.
- Ceres… Czy ty jej współczujesz?
 Szybko spojrzała mu w oczy. W jego złotych tęczówkach było widać zaskoczenie, może nawet w pewnym stopniu strach… Nie, to był niepokój. No tak, ona nigdy nikomu nie współczuła. Była mordercą idealnym, który zabijał bezszelestnie, szybko i w miarę bezboleśnie dla ofiary. A teraz nagle, z dnia na dzień, pod wpływem jednej kobiety, jednego zlecenia, zaczęła wątpić w to, co robi? Nie mógł tego pojąć.
- Nie nazwałabym tego współczuciem – zmarszczyła czoło, kopiąc wysokim butem jakiś mniejszy kamień – To bardziej poczucie niesprawiedliwości. Wiem, wiem, zarówno my, jak i te miasto dawno od sprawiedliwości uciekliśmy. Co myślisz o moim planie? Kobietę oczywiście zabiję, przecież za to mi zapłacono. Jednak w naszej umowie nie było ani zdania o pewności przeżycia klientki i jej niewiernego męża. Mężczyzna zginie za zdrady, a żonka za zbytnią ufność i pochopne osądy.
 Wyraz twarzy chłopaka złagodniał nieco, a on sam przybrał lekki uśmiech.
- Przez chwilę myślałem, że mi siostrę podmienili. No, ale teraz jestem pewien, że to jednak ty. Ruszaj, ty lisku-chytrusku, jeśli chcesz jeszcze zastać otwarte drzwi.
 Ruszyła zgodnie z jego poleceniem, bo bardzo mu ufała.
*
 Schorowany staruszek nawet nie pytał, gdzie wychodzi. Już kilka ładnych lat wcześniej oduczył się wtykania nosa w nie swoje sprawy. Wiedział, że jeśli rodzeństwo gdzieś wychodzi, to najprawdopodobniej kraść albo mordować. On dawał im schronienie, względną niewykrywalność i pożywienie, a oni gwarantowali mu, że nikt nie skojarzy sobie starca z dwójką morderców z podziemia. Na razie ich sposób na życie sprawdzał się dość dobrze – straż nie zapukała do domu mężczyzny ani razu w przeciągu czterech lat. Żadne z duetu nie przechodziło przez próg chaty wystarczająco często, by ktokolwiek mógł coś podejrzewać. Wszystko szło idealnie i zgodnie z planem, co bardzo radowało całą trójkę.
 Dziewczyna ustrojona w długą suknię z taniego materiału posłała mu wesoły uśmiech. Zauważył, jak rozchyla materiał i ujawnia duże rozcięcie w spódnicy do połowy uda. Założyła na nogę pasek z przypiętą sakiewką oraz krótkim, ostrym sztyletem owiniętym tylko kilkoma warstwami ciężkich, lnianych szmat. Bez wątpienia szła zabijać, lecz w takim stroju?
- Uważaj na siebie, Ceres – wyszeptał – Matthew będzie bardzo cierpiał, jeśli cokolwiek ci się stanie.
- Wiem, dziadziu – uspokoiła go ruchem dłoni – Zawsze mi tu powtarzasz. Spokojna głowa, nie dam się zabić. To prosta misja, a ja zawsze jestem ostrożna. Dziś możesz liczyć na nieco więcej złota w swojej kieszeni!
 Po wypowiedzeniu tych słów otworzyła drzwi chaty, a promienie zachodzącego słońca magicznie zatańczyły na zdobieniach jej sukni. Już po chwili po dziewczynie nie było nawet śladu.
*
 Strażnicy przy bramie Vestell nawet jej nie zaczepili, gdy spokojnie przez nią przechodziła. Cieszyła się z tego – to oznaczało, że była dobrze zamaskowana i mogła bez obaw wypełnić swoje obowiązki. 
 Nie śpieszyło jej się. Przechadzała się alejkami i obserwowała mieszkańców tej dziwnej dzielnicy. Trzeba bowiem wiedzieć, że Vestell leżało pomiędzy skromnym Aethum, a chełpiącym się bogactwem i przepychem Rhedd. Widać było znaczny odskok od biedy panujących na niższych „piętrach” – domy były kamienne lub wykonane z szarej cegły, ładnie zdobione i solidne, a ich właściciele – wytwornie ubrani i z wysoko zadartymi nosami. Pomimo ślicznych ścieżek, skwerów i placów w tym miejscu panowała okropna atmosfera nieuprzejmości. Ceres pomyślała, że strasznie ciężko jest tu znaleźć przyjaciół, skoro wszyscy są dla siebie tak opryskliwi.
 Nie mogła się oprzeć i weszła do jednego sklepu z bronią łowiecką. Było tam znacznie taniej niż u kowala, a jednocześnie nikt nie podejrzewał, że planujesz poderżnąć komuś gardło właśnie zakupionym sztyletem. Poza tym można było tam dostać bronie naprawdę niezłej jakości.
- Witam śliczną panienkę! – zakrzyknął niski sprzedawca za ladą – Proszę się rozejrzeć, nie krępować się. Mam sporo nowego towaru na zapleczu, jeśli to panienkę zainteresuje.
- Nie, dziękuję, ja się tylko rozglądam – wymamrotała, faktycznie oglądając kilka sztyletów i noży w gablocie. Ich rękojeści wyglądały na bardzo wygodne, a ostrza były w dogodnym kształcie. Były także niewielkich rozmiarów, co pozwalało na ukrycie ich choćby w cholewie buta.
- Panienka wybaczy, że jestem taki ciekawski, ale nie wygląda mi panienka na łowczynię… Można znać powód odwiedzin mojego sklepu?
 Ceres była przyzwyczajona do takich zaczepek. Dzięki wprawie i złotemu językowi nigdy nie traciła wigoru oraz potrafiła zgrabnie wymigiwać się z niekomfortowych sytuacji.
- Mój ojciec ostatnio interesuje się tym wszystkim, wybiera się na łowy i takie tam… Pomyślałam, że mogłabym kupić mu jakiś sprzęt z okazji urodzin.
 Sprzedawca wyraźnie ożywił się i przypadł do niej, gotowy służyć radą.
- Ach! Pan wybaczy – złapała się za głowę, słysząc uderzenie dzwonu oznajmiające godzinę siedemnastą trzydzieści – Muszę wracać do domu, inaczej pani matka będzie zła. Jeszcze tu wrócę, do widzenia!
 Wyszła z budynku, uśmiechając się pod nosem i obracając w dłoniach nowy nabytek – ładny, prosty sztylet o skórzanej rękojeści o bardzo wygodnym kształcie.
*
 Na jej szczęście drzwi gospody wciąż były otwarte, choć na zewnątrz już zmierzchało. Dawno nie była w żadnej knajpie, niemal zapomniała, jaka atmosfera panuje w takich miejscach. Do jej uszu dotarła głośna muzyka podróżnego zespołu. Dźwięki lutni, fletu oraz kobiecego głosu z towarzyszeniem bębnów były całkiem przyjemne. Weszła głębiej w izbę i poczuła intensywny zapach kaszy oraz pieczonego mięsa. Poczuła, jak zaburczało jej w brzuchu.
 Na środku karczmy stało wbudowane w podłogę kamienne palenisko oraz rożen nad nim. Wokół niego rozstawione były trzy ławki, teraz zajęte przez kilku mężczyzn i kobietę z dzieckiem. Przy ścianach stało kilka stołów, jeszcze bez zastawy i jedzenia na nich. Widocznie żaden z gości nie był na razie głodny lub kolacja nie była jeszcze gotowa. Przeszła obok paleniska i stanęła przy drewnianym blacie, wyczekując na powrót właścicielki.
 Kobieta szybko wyszła z jednego z pokoi, niosąc na tacy kilka kielichów i talerzy. Położyła je na stole i zwróciła się do dziewczyny. Miała delikatną, dziewczęcą urodę, mały nosek i okrągłe policzki. Jej duże oczy zachwycały mieszaniną zieleni i błękitu, a długie kasztanowe włosy były splecione w gładki warkocz do połowy pleców. Nie była brzydka, wręcz przeciwnie – blondynka nie dziwiła się już niewiernemu mężowi. Gdyby była mężczyzną, to sama zakochała by się w tej właścicielce.
- Witam w gospodzie „Pod Czerwonym Mchem”! Coś podać?
 Głos także miała bardzo dziecięcy. Ceres przez chwilę zastanowiła się, ile ta kobieta miała lat.
- Poproszę kielich czerwonego wina. Chciałabym także wynająć pokój, jeśli macie państwo jakiś wolny – złotooka zrobiła najmilszą minę, jaką umiała.
- Mamy, oczywiście – już po kilku sekundach leżał przed nią miedziany klucz oraz stał kielich z trunkiem – To będzie razem dwadzieścia taratów. Życzymy miłego pobytu!
 Kobieta odebrała zapłatę i oddaliła się, mając w zamiarze dalsze porządki w pokojach gości. Ceres powoli popijała wino, przyglądając się gościom zgromadzonym wokół ognia. Po chwili namysłu wstała i przysiadła się do nich, bo rozprawiali o czymś z wypiekami na twarzy.
 Jeden z mężczyzn, brunet z kilkudniowym zarostem opowiadał o swoich podróżach na ziemie niczyje. Zgodnie z jego relacją prawie cały dzień spędził na zabójczo gorącej pustyni, niezamieszkanej przez prawie żadne formy życia. Zaczęła słuchać uważniej, bo lubiła takie opowieści. Gdy była mała, Matthew wymyślał jej wiele bajek na dobranoc. Uśmiechnęła się do własnych wspomnień i zerknęła na mężczyznę, który zaczął zagłębiać się w swoich opisach.
- Słońce tak grzało, że prawie mi skórę topiło! – mówił, a wszyscy słuchali z zapartym tchem – Trzy dni już tak idę, jedzenia nie ma, a woda na wyczerpaniu, myślę: co robić? Ale długo żem tak nie myślał, bo patrzę, a jak zaraz mi tu nie wyskoczy wielka bestia!
 Dwie kobiety zasłoniły sobie usta dłońmi, a Ceres uniosła wysoko brwi.
- Bestia? – upewniła się cicho.
- Bestia! – potwierdził, odgryzając duży kawałek mięsa z uda kurczaka – Wielka, skrzydlata jaszczurka, ogromna jak dom! Skórę miała taką, o, jak twoja sukienka – jasną i trochę przybrudzoną, he, he! Zębiska takie wielkie i ostre, jak mi pyskiem kłapnęła, to żem myślał, że kipnę.
- To musiał być smok – rzekła blondynka z wypiekami na twarzy – Najprawdziwszy dziki smok, jak te ze starych legend!
 Uwielbiała bajki, podania i opowieści o smokach, które kiedyś przedstawiał jej dziadek. Dobrze znała smoki oswojone przez ludzi – stworzenia zwykle pokojowo nastawione, wykorzystywane do dalekich podróż lub ciężkich prac. Bezzębne, czasami nawet oślepione lub odurzone narkotykami, aby tylko nie przeszkadzały swoim panom w robocie. Olbrzymie stworzenia zdominowane przez małe mrówki, jakimi są ludzie. Stworzenia, które kiedyś rządziły tym światem.
- Może. Ale przecież dzikich smoków już nie ma, łowcy wszystkie wybili.
- Prawie nie ma – zwróciła mu uwagę ładna szatynka w ozdobnej sukni i futrze z jaskiniowych łasiczek – Ich populacja jest bardzo mała, ale niektóre z nich wciąż wędrują po terenach nieskalanych ludzką stopą.
- Phi, uczona się znalazła – prychnął i pociągnął olbrzymi łyk piwa z kufla – No, ale może ma panna rację, pewnie był to ten dziki smok. Żem się rzucił, żeby uciec jak najdalej od tego dziadostwa, a smok za mną, w pogoń! Myślał żem, że mnie zabije, nogi już mi słabowały, tyle godzin bez niczego w gębie żem szedł. Na szczęście bestia nie goniła mnie długo, chyba się wróciła tam gdzie była. A żem padł na piach i bym nie wstał, gdyby obok nie przechodzili podróżnicy mi podobni. Zabrali mnie i dali mi pić, takie żem miał szczęście! Chwała bóstwom, że teraz mogę wam to opowiedzieć.
 Słuchacze spojrzeli na niego z zachwytem, a kilku z nich zaczęło bić mu gromkie brawa. Ceres także się dołączyła, bo bardzo spodobała jej się opowieść mężczyzny. Przez głowę przemknęła jej myśl, że sama coś takiego chętnie by przeżyła. Podróż, przygoda, trochę niebezpieczeństw i przede wszystkim dobra zabawa. Miała na to ochotę, jednak z finansami było już gorzej. A żeby zarobić, musiała pracować.
 Nagle oprzytomniała i przypomniała sobie o zleceniu. Pośpiesznie spojrzała w kierunku lady. Zobaczyła właścicielkę kładącą na blacie miskę z porcją kaszy i odrobiną mięsa. W jej głowie zaświtała myśl tak złowroga, że aż sama się jej zlękła.
 Właśnie na takie okazje nosiła ze sobą odrobinę niesamowicie silnego narkotyku wśród przestępców nazywanego „Wdową”, ponieważ wiele kobiet straciło przez niego mężów. Zbyt duża dawka proszku dodana do posiłku lub napoju wystarczyła, aby zabić człowieka w ciągu kilku minut. Szczypta wywoływała silne halucynacje i doprowadzała do ekstazy, a odrobina więcej działała jak trucizna. Ceres bała się go zażywać, lecz nosiła go przy sobie, aby nie robić sobie wstydu wśród kolegów z podziemia.
 Młoda posługaczka poprosiła kobietę na chwilę do pokoju. „Teraz albo nigdy”, pomyślała blondynka i spokojnym krokiem podeszła do lady. Udając, że dopija resztkę wina w kielichu, wyciągnęła zza paska przy udzie mały woreczek i wsypała pół jego zawartości do kaszy, a następnie intensywnie wymieszała. Serce biło jej jak oszalałe, bo nigdy nie robiła tego typu rzeczy. Do jej specjalności należały szybkie, spontaniczne zabójstwa poprzez poderżnięcie gardła, a nie trucie pięknych kobiet narkotykiem.
 Nikt widocznie nie zauważył jej dyskretnego działania, bowiem goście nadal bawili się świetnie. Siedzieli dookoła paleniska i słuchali żywej pieśni wędrownego zespołu. Ceres wyciągnęła monetę i rzuciła do miski obok jednego z grajków, a ten podziękował jej skinieniem głowy. Nie miała ochoty tego robić, lecz chciała jak najbardziej upodobnić się do innych mieszkańców Vestell – bogatej i rozrzutnej szlachty.
 Od jednego z mężczyzn dowiedziała się, że na wyższym piętrze znajdują się pokoje oraz niewielka biblioteka dla osób potrafiących czytać. Ona co prawda nie posiadała tej umiejętności, ale powoli wspięła się po schodach i rozsiadła w fotelu. Czekała cierpliwie na choćby niewielki znak na to, że właścicielka połknęła zabójczą porcję kaszy.
- Ostatni posiłek – szepnęła sama do siebie – Biedna, bogom ducha winna kobieto. Ciekawe, czy w ogóle wiedziałaś o żonie tego mężczyzny, czy w ogóle wiedziałaś o tym, co robisz. Może cię uwiódł, może zakochałaś się nie w tym, w którym powinnaś. Naprawdę nie miałam ochoty cię zabijać, lecz dostałam za to pieniądze, a ja zawsze wywiązuję się z zawartych umów. Wybrałam dla ciebie szybką i w miarę bezbolesną śmierć, a jednocześnie nie wskazującą bezpośrednio na mnie jako zabójcę. To korzystne dla nas obydwóch. Spoczywaj w pokoju.
 Kolejne słowa przez nią wypowiadane były coraz cięższe i bardziej przeciągane. Po chwili głowa opadła jej na ramię i Ceres zapadła w płytki, niespokojny sen.

*

Jak się podobało? c:

6 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam pojęcia jak odebrać zdanie "te opo żydzi" D:


      :'D

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Powiem Ci, że naprawdę bywało lepiej, a mogę to naprawdę dobrze porównać, ponieważ dopiero co skończyłam czytać Twojego bloga i jest możliwość, że zostanę tutaj na dłużej :D

    Na razie tylko pozdrawiam i życzę weny
    Niepowtarzalna xx

    Byłoby miło gdybyś zajrzała także do mnie ;)

    http://zycie-jest-jedno06.blogspot.com/?m=1

    OdpowiedzUsuń
  5. Ach ta Cerres ! Taka ZUA ;) Lubię ją . Ma fajny charakter.
    Czekam na next
    jogurtowa1001

    P.S zapraszam do siebie
    ashleyslifestorybyjogurtowa.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń