piątek, 6 lutego 2015

Rozdział V

Cześć!
Nie wiem co napisać w "notce od autora", więc przejdziemy od razu do opowiadania, okej? :'D

Rozdział V

 Ciepły promyk światła połaskotał ją po nosie, a ona kichnęła, rozpylając w powietrzu kurz z drewnianej ramy łóżka. Przekręciła się na drugi bok i odkryła skrawek narzuty, bo było jej całkiem ciepło. Nawet pomimo faktu, że była naga.
 Po kilkunastu dodatkowych minutach snu ziewnęła przeciągle i postanowiła wygramolić się z łóżka. Postawiła nogę na podłodze – prawą, nie lewą, po chwili dołączyła do niej drugą i wstała, przeciągając się. Dłońmi prawie sięgała sufitu, choć nie była wyjątkowo wysoka. Przecież jej pokój mieścił się na poddaszu. 
 Zebrała z podłogi ubrania i wrzuciła je do miednicy, notując sobie w głowie, by je uprać. Sięgnęła do szafy po inny strój i stwierdziła, że najwygodniejsza będzie dla niej szarozielona suknia połączona z białą koszulą i ciemnym gorsetem. Chwilę mocowała się ze sznurami w tym ostatnim – nie była przyzwyczajona do tego typu ubiorów. Wsunęła stopy w pantofle i wyszła z pomieszczenia, przecierając jeszcze sennie oczy. Zapowiadał się dobry dzień.
 Na piętrze spotkała Laurę szorującą podłogę. Przywitała ją kiwnięciem głowy, a dziewczyna odpowiedziała szerokim, choć trochę bladym uśmiechem. Być może były to tylko przypuszczenia podróżniczki, lecz jej siostra chyba gorzej się ostatnio czuła.
  Skoro czternastolatka zajmowała się teraz porządkami, to znaczy że załatwiła już podstawowe obowiązki związane z utrzymaniem gospodarstwa. Zwykle wypełniała je w przeciągu około godziny po oporządzeniu się i zjedzeniu śniadania. Po luźnej kalkulacji czarnowłosa doszła do wniosku, że wstała dość późno. To dobrze, pomyślała. Przynajmniej się wyspałam.
 W jadalni siedziała jej matka i ozdabiała jedwabną bluzkę wymyślnym haftem. Dziewczyna domyśliła się, że to podziękowanie dla Laury za jej ciężką pracę i nie zdziwiłaby się, gdyby nazajutrz jej młodsza siostra paradowała dumnie po podwórku w nowym stroju, dumna jak paw. Podróżniczka uśmiechnęła się do samej siebie – nie mogła doczekać się widoku naprawdę radosnej siostry.
  Zobaczyła, że na stole stoi misa z kaszą oraz skwarkami. Bez ceregieli sięgnęła po łyżkę i zaczęła pochłaniać jedzenie, a jej matka tylko przyjemnie się uśmiechała. O tak, niebieskooka była wielkim łakomczuchem, była w stanie zjeść tyle co pracujący chłop. Pomimo swojego obżarstwa nie przybierała jednak na wadze, bo podróże bywały bardzo wyczerpujące i wymagające dużej sprawności fizycznej – nawet zwykłe utrzymanie się na smoku wymagało sprytu, wprawy i silnych ud.
 Po skończonym posiłku postanowiła zajrzeć do smoków w oborze. Wiedziała, że wszystkie gady są już nakarmione, być może nawet dziś im się poszczęściło i zostały wypuszczone na pewien czas na polanę. Houvenghalowie rzadko praktykowali ten rodzaj rozgrzewki dla smoków po kilku incydentach z przerażonymi sąsiadami i wizytami straży. Teraz na szczęście tchórzliwi znajomi przeprowadzili się do miasta, a rodzinne ziemie otaczał jedynie niezmierzony las. Smoki mogły biegać na polu do woli.
 Gdy tylko wyszła na podwórze, w twarz uderzyło jej ciepło i wręcz duchota. Słońce świeciło intensywnie nawet pomimo niskich temperatur w nocy. Po niebie majestatycznie sunęły wielkie ciemne chmury, zbite w olbrzymie, ciężkie bloki. Wydawało się, że zaraz spadną wszystkim na głowy.
 Otarła krople potu, które niemal natychmiast wyszły jej na czoło. Musiała mrużyć powieki, bo światło było bardzo intensywne. Po cichu liczyła, że szybko nadejdzie burza i przegoni te wszechobecne uczucie duszności. Obora była budynkiem tylko trochę mniejszym od ich domu. Była wykonana z jasnego drewna, wykończona ładnymi dębowymi balami. Dach stanowiła strzecha. Dziewczyna wiedziała, że na piętrze obory trzyma się siano, paszę i owies dla zwierząt, czasami także plony – nierzadko przy obfitych zbiorach braknie miejsca w magazynie.
 Powitał ją radosny, entuzjastyczny ryk jej miedziaka. Powolnym krokiem przemierzyła odległość dzielącą ją od pupila, przyglądając się w tym czasie pozostałym smokom. Saphyrra, szmaragdowa samica ucinała sobie drzemkę. Czarnowłosa zauważyła, że jej kaganiec był nieco luźniej założony niż wczoraj wieczorem. Bestia pozwalała dotykać się tylko Williamowi, a to oznaczało, że jej brat faktycznie był gdzieś w pobliżu, choć – znając życie – najpewniej włóczył się po mieście.
 Podróżniczka zawsze zastanawiała się, dlaczego Will nazwał swojego smoka Saphyrra, skoro – jakby nie patrzeć – samica z każdej strony była szmaragdowozielona. Głowiła się nad tym całymi dniami, ale doszła jedynie do tego, że jej brat może być człowiekiem nieuczonym. I to był powód.
 Czarnołuski smok powoli przeżuwał mięsisto – warzywną mieszankę przygotowaną przez jej matkę. Tylko ona wiedziała, jak odpowiednio dobrać składniki, aby powstała karma zdolna utrzymać w zdrowiu zwierzę ciągnące codziennie ciężki wóz. Karmazynowa bestia w boksie obok po prostu stała i zerkała na dziewczynę okiem przekreślonym wąską blizną. Jak zwykle.
A jej smok wariował. Machał buławą na końcu ogona i wierzgał łapami, jakby odprawiał jakiś dziki taniec radości. Miał szczęście, że był dość mały jak na smoka standardowego, a sama stodoła i boks był dość duży. Dziewczyna uśmiechnęła się radośnie, a także pogwizdała chwilę i pocmokała na pupila, co uspokoiło go nieco. Weszła do boksu, pogłaskała zwierzę po olbrzymim łbie i sięgnęła po wiadro, by nalać mu wody do koryta. Zanim wyszła w kierunku studni, sprawdziła jeszcze stan jego uzębienia, rogów i pazurów. Na szczęście wszystko było w porządku.
 Zapowiadał się naprawdę, naprawdę dobry dzień.
*
 Choć słońce już dawno wzeszło nad płaski szczyt wzgórza rzucającego cień na Kirvan, to te leniwe miasto dopiero budziło się do życia. Biedniejsze okolice oraz obrzeża miasta były na nogach już od pewnego czasu, lecz najzamożniejsi mieszkańcy pozwalali sobie na odrobinę rozpusty.
 Ktoś kopnął żebraka leżącego w poprzek ulicy. Mężczyzna usłyszał syczące zdanie mówiące mniej więcej „To nie jest miejsce dla ciebie”. Prawdopodobnie była to racja – szukał on miłujących dusz wśród bezlitosnych mieszkańców jednej z najbogatszych dzielnic. Jej obywatele chodzili obwieszeni złotem, drogimi futrami, cuchnęli piwem oraz nieuczciwym pieniądzem. Każdy z nich miał przyklejony sztuczny uśmiech na twarzy, każdy był tak samo cwany i przebiegły. I każdy liczył na łatwy zarobek.
  Druga dzielnica od końca, Aethum, zamieszkana była głównie przez wiekowych starców, weteranów wojennych oraz wdowy. Mieścił się tutaj jedyny sierociniec w mieście, do niedawna niemal przepełniony, dziś stojący prawie pusty. Dawna wojna pozbawiła rodziców wielu młodych ludzi, lecz teraz wyrośli już oni i rozpoczęli spokojne życie w wyższych częściach Kirvanu. W Aethum nie było nic do roboty – alejki wiały nudą, czasem przechadzał się po nich kot lub kura. Nawet strażnicy nie odwiedzali tego miejsca.
 Przy głównym placu okalającym centralną fontannę mieściła się niewielka, skromna chata ze stęchłych desek i spróchniałych bali. Ktoś, kto nie odwiedzał Aethum codziennie mógł powiedzieć, że jest opuszczona i nikt do niej nie wchodzi, jednak w rzeczywistości mieszkał tam siedemdziesięcioletni mężczyzna, dawny kowal. Po krzepie i sile sprzed lat nie pozostało mu nic, więc starał się żyć skromnie i z jak największą oszczędnością. Fakt, że wciąż żył był najlepszym dowodem na jego gospodarcze zarządzanie skromnym majątkiem.
 Siedział na drewnianym taborecie i ogrzewał skostniałe ręce w płomieniu kominka. Wyczekiwał widocznie jakiegoś ważnego wydarzenia, ponieważ nie był rozluźniony, a noga wręcz mu chodziła. Było mu chłodno w lnianej koszuli i kalesonach pogryzionych przez mole. Pogoda w Kirvanie dziś nie dopisywała – od świtu bruk moczyły strugi zimnego deszczu.
 Usłyszał pukanie dochodzące z sąsiedniej izby, jedynego oddzielnego pokoju w całej chacie. Z trudem podniósł się z siedzenia, stękając kilkakrotnie i zdjął ze stolika talerz, na którym leżały dwa kawałki zimnej wołowiny oraz pół bochenka chleba. Wszedł do pokoju. Był on tak niewielki,  że mieścił się w nim jedynie mały kwadratowy dywan oraz stara komoda, praktycznie pusta w środku.
 Starzec zagiął dywan, ujawniając metalową klapę w podłodze. Sapnął, odstawił na moment talerz i z trudem podniósł kawał stali do góry. W dziurze ukazała się szczupła, kobieca postać stojąca na szczycie drabiny. Uśmiechnęła się szeroko, szczerząc swoje ostre zęby.
- Czołem, dziadzia! Jak tam dzionek? – zagaiła wesoło, przyglądając się pomarszczonej twarzy mężczyzny – Czy mi się wydaje, czy się dziadzi pobladło ostatnio?
 „Dziadzia” nic nie powiedział, podał jedynie talerz i był gotów do zamknięcia klapy, lecz dziewczyna go powstrzymała. Na całe szczęście była dość silna, by samej utrzymać zamknięcie.
- Ja coś mogę dziadzi załatwić. Oni tam mają wszystko! Leki, mikstury, mniej pospolite trunki… Wie dziadzia, wypadałoby się odwdzięczyć za te wszystkie lata, hehe!
- Ceres, dziecinko – zwrócił się do rozmówczyni, przykładając dłoń do czoła – Ostatnimi dniami coraz częściej zaczepiają mnie strażnicy. Pytają, czy nie wiem nic o sprawcach tych wszystkich kradzieży i morderstw. Na litość boską, co wy z bratem wyprawiacie w tej mieścinie?
 Dziewczyna przechyliła głowę, nieco zaskoczona pytaniem. Przyjęła od starca talerz i westchnęła głęboko, sama zastanawiając się głęboko. No właśnie, co wyprawiają? Nic szczególnego. To, co wszyscy w tych stronach. Rabują, mordują i oszukują. Z tą różnicą, że robią to nieco mniej dyskretnie od najwyższych sfer politycznych.
- My, dziadziu, staramy się przeżyć – wydęła usta i dodała nieco obrażonym tonem – Wykonujemy swoją pracę, a zarobkami dzielimy się z tobą. Czy to ci nie wystarcza?
- Wystarcza, dziecinko – spuścił wzrok – Wystarcza. Czy Matthew mógłby narąbać mi trochę drewna? Lata już nie te, mięśnie odmawiają współpracy. Poproś go o to.
- Się zrobi.
 Po chwili postać zniknęła w dziwnej pustce, w głębi niekończącego się tunelu prowadzącego do najpaskudniejszego świata, który stworzyli ludzie. Świata przestępstw, morderstw na zlecenie oraz beznadziejnej tułaczki w nadziei, że straże wciąż nie widziały twojej twarzy.
 Jedynym, co był w stanie zrobić mężczyzna, było zamknięcie klapy i zasunięcie dywanu. Oraz uparte udawanie, że o niczym nie słyszał, niczego nie widział i nikomu nie pomagał.
 Pod tym względem nie różnił się od prawie każdego mieszkańca Kirvanu.

*

Rozdział jest krótszy, ponieważ narzekaliście, że są zbyt długie :P
Do następnego razu.

2 komentarze: